Takie mniej więcej były moje przemyślenia w wersji "na poważnie". Bo w chwili przebłysku optymizmu, na kanwie pewnego znanego dowcipu o Janku Muzykancie pomyślałem: Pantani nie żyje, Halupczok dawno umarł, no ja też się nie najlepiej czuję ;-)
Powód mojego pesymizmu był tylko jeden, za to zasadniczy: brak treningu. Niestety, ale kończyłem trzytygodniowy urlop w czasie którego postanowiłem uszczęśliwić rodzinę swoją obecnością i w rezultacie odpuściłem jazdę na rowerze. Ale co gorsze, mój heroiczny czyn nie znalazł zrozumienia i punktów u rodziny też raczej nie zarobiłem.
No ale ściganie jest rzeczą konieczną… Zwłaszcza, że Zagnańsk w sumie niezbyt daleko i w dodatku mogłem po latach zwizytować dawno nie widziane okolice. Szczególnie, że nigdy nie zwiedzałem ich z perspektywy siodełka rowerowego.
Czekając na sygnał startu układałem chytry plan: najpierw ruszę szybko, potem postaram się utrzymać tempo by na koniec mocno zafiniszować. Tyle, że obawiam się, że większość stojących obok mnie zawodników też tak myślała. Już po pierwszym kilometrze poczułem pewne wątpliwości, coś organizm nie chciał wejść na obroty. Coraz więcej zawodników wyprzedzało mnie a czoło wyścigu majaczyło gdzieś na horyzoncie. Po trzech kilometrach zrozumiałem, że nie będzie to mój dzień. Przyjąłem to z cichą rezygnacją. No cóż, nie pozostało mi nic innego jak pracowicie i bez polotu przepychać się powoli do mety. Głownie asfalty i ubite szutry, gdzieniegdzie stare brukowane trakty. No i jako przerywniki sekcje błotne. Wstyd powiedzieć, ale chyba na nich czułem się najlepiej. Do tego stopnia, że niczym mantrę powtarzałem sobie "oby jak najwięcej tego błota, oby tak do samej mety…". Konsekwencje odczułem kilometr przed kreską, kiedy przy redukcji zabłocony łańcuch zakleszczył się, co spowodowało utratę jednej pozycji. Chciałem, to mam. Nie był to jedyny przerywnik ubarwiający mój udział - niestety. Otóż udział w tym maratonie pozwolił mi na zweryfikowanie hipotezy łączącej picie kawy i występowanie kurczy mięśni. Przez ostatnie dwa tygodnie konsekwentnie odstawiłem kawę. I - co za ulga - okazało się, że niepotrzebnie. Kurcze towarzyszyły mi praktycznie od samego startu. Najpierw w lewej dłoni, później w prawej, w międzyczasie w stopie - ale tylko trochę. No i w skośnych brzucha, na szczęście tylko wtedy, gdy jadąc schylałem się i smarowałem łańcuch. Do wyboru i do koloru. Niestety, były to zaledwie przygrywka. Prawdziwe problemy "skurczowe" rozpoczęły się na 45. km, po postoju na bufecie. W rezultacie musiałem zwolnić swoje i tak niezbyt szybkie tempo. No ale na szczęście nie samymi skurczami żyje człowiek. Można podziwiać widoki - akurat tego nie robię zbyt często, bo staram się skupić na drodze i rywalizacji.

Dodano: 2011-07-29

Autor: Źródło: bikeBoard- Robert Baś, zdjęcia: Team MTB Cross

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje