Na południowo-wschodnią część Gorców nie dotarł booking.com, noclegi rezerwuje się przez telefon lub po znajomości, a nawigacja prowadzi najbardziej oberwaną leśną drogą by nakazać skręt w lewo, między drzewa. A to dopiero wstęp do przygód pomiędzy czterema wieżami.

W tej części Gorców nie ma nowoczesnych domków i urokliwych pensjonatów na góralską nutę ozdobionych pelargoniami. W niemal każdym domostwie gęsi, kury, krowy i domowe, pyszne sery, jajka, dżemy i cytryna do herbaty z mirabelek. Zamiast przepełnionych schronisk dwie bazy namiotowe na Gorcu i Lubaniu otwarte tylko latem. Dotarliśmy w prawdziwe, nieprzekłamane Beskidy, nowe centrum Gorców.


Intensywna eksploatacja tych terenów przez przemysł drzewny i wypas owiec (drugi największy ośrodek po Podhalu) do połowy XX wieku sprawiły, że góry te są poprzecinane wąskimi i niedorzecznie stromymi dróżkami asfaltowo-szutrowymi, a także szerokimi traktami leśnymi. Było więc gdzie poprowadzić trzydniową trasę tak, aby suma przewyższeń na dystansie PRO sumowała się do niemal 8 tysięcy. Ogromne hale, łąki, wciśnięte wysoko w doliny osady, zapomniane wioski, widok na Pieniny, Tatry, Czorsztyn i kilku, może kilkunastu turystów na szlakach.


Suma przewyższeń na dystansie PRO w zestawieniu z lichym zakresem przełożeń w moim rowerze pozbawiła mnie ambicji i kazała wybrać FUN, a właściwie „FUN”, ponieważ i ten dystans okazał się morderczy. Na PRO zdecydowali się natomiast Bartek i Zbyszek. Obaj dwa razy stanęli na podium w swoich kategoriach wiekowych, co Zbyszkowi zapewniło trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.


Pierwszy dzień miał być rozgrzewką – wieża na Koziarzu. Rozgrzewka zamieniła się w saunę. Już na pierwszym podjeździe jak małe mróweczki gilgotały mnie krople potu spływające po całym ciele. Czekało mnie to, co wpisane jest w doświadczenie końca peletonu – butowanie. W ogóle koniec peletonu to moje ulubione miejsce. Wymyka się atmosferze zawodów i rywalizacji. W zamian są długie rozmowy, żarty i pogawędki na bufetach, dzieci spragnione widoku kolarza, który nie jedzie ze średnią 20 km/h, ma czas odpowiedzieć „cześć”, przybić piątkę i podziękować za doping, jest wspólne narzekanie, przeklinanie i pocieszanie. Koniec peletonu potrafi też zdobyć się na heroiczne gesty oddania jedynej dętki zawodnikowi z czołówki (Bartek bardzo dziękuje) i pomaga wyciągać ratunkowe quady z błotnych rowów. Jak ktoś jeszcze nie jechał wśród ostatnich 10 zawodników, to jest jedna z rzeczy do odhaczenia przed pięćdziesiątką, naprawdę!


Więc po pierwszym dniu zakwasy miałam na rękach. Zbyszek na tak krótkim dystansie nie zdążył się nawet rozgrzać, a Bartek owszem rozgrzał się, wywalczył drugie miejsce, na kolację zjadł konia z kopytami, a w nocy obudził się na czekoladę.


Drugi dzień zaczął się od bezlitosnego podjazdu pod Twarogi. Wyobraźcie sobie taki napęd z najlżejszymi przełożeniami i taką asfaltową drogę, pod którą tych przełożeń nie wystarcza. To właśnie Twarogi. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się prowadzić rower górski po asfalcie. Co więcej, prowadziłam go zasapana i zastanawiając się, czy to jeszcze ja. Panowie w czołówce oczywiście wyjechali na te Twarogi, co wydaje mi się abstrakcyjne, ale się wydarzyło. Szybki zjazd, a potem kolejna piła – 14 kilometrowy podjazd na Gorc. Znowu mozolne wprowadzanie roweru. Gdzieś po drodze minęłam Bartka, któremu mleko w oponie się nie zsiadło jak trzeba. Na metę dotarłam jako wrak człowieka, ale z apetytem. To zdecydowanie był najtrudniejszy dzień zarówno na dystansie FUN jak i PRO. Słychać było głosy, że trasa była nieco zbyt wypychowa, ale nikt nie miał za dużo siły, żeby marudzić, a usta były zajęte jedzeniem.


Trzeciego dnia na linii startu stawiłam się w stanie dramatycznym, jak pewnie większość zawodników, prócz Zbyszka, który dopiero poczuł, że mu się dwugłowy rozgrzał. Tym razem czekał nas Lubań, niemal trzy razy. Najpierw od strony Ochotnicy, potem od strony Krościenka, a potem jeszcze jeden przejazd kilka kilometrów pod szczytem w stronę mety. Dystans PRO miał do przejechania 76 km i 3 tysiące metrów przewyższeń. Chłopaki łyknęli to jak młode pelikany, dla mnie dzień zakończył się szorowaniem twarzą po kamieniach. W poniedziałek w pracy musiałam się tłumaczyć, że nie jestem ofiarą przemocy domowej, a jako środek transportu wybrałam tramwaj.


Na uwagę zasługuje smaczne jedzenie na mecie. Pierwszego dnia były pierogi z borówkami albo mięsem, drugiego klasycznie – makaron, a trzeciego leczo lub domowy obiad – kurczak z surówką z marchewki. Każdy zawodnik dostał też naklejkę z profilem trasy i wodoodporną mapkę do kieszeni. Organizatorzy podjęli heroiczną próbę wyciągnięcia kolarzy z kwater. Najpierw sposobem na kiełbaskę, potem na muzykę. Pierwsza atrakcja cieszyła się nieco większą popularnością, wiadomo: piwo i mięso. Jednak wszyscy ci, którzy nie zobaczyli pana z gitarą grającego bluesa o zachodzie słońca w Ochotnicy Dolnej (Piotr Lupi Lubertowicz) dla dosłownie garstki ludzi, nie wiedzą, co to znaczy sierpniowy ciepły wieczór po drugiej stronie Gorców.

Dodano: 2018-08-22

Autor: Tekst: Paulina Trofimiec, zdjęcia: Organizator

Tagi: etapówka

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Trek Madone SLR
Cannondale SystemSix
Wilier Triestina Cento 10 Air
Scott Foil 20 czy 20 Disc
Specialized Enduro Pro 29
Liv Intrigue Advanced 0
Giant Defy Advanced Pro 0
Canyon Grail CF SL 8.0
Romet Mustang M1