Są bardzo różni, a nawet każdy z nich jest inny - podobnie jest z wyglądem lokali, w których urzędują. U niektórych wszystko poukładane niczym w aptece - aż miło popatrzeć. Otwierając drzwi innego warsztatu trzeba z kolei patrzeć pod nogi, aby nie potknąć się o leżącą na ziemi ramę i nie wpaść do beczki z ropą. Lepiej niczego nie dotykać, aby nie wywołać lawiny, efektu domino lub jak, kto woli reakcji łańcuchowej.

Jedni z nich wszystkiego nauczyli się sami, a do schematów nie zaglądają, bo już podczas rozmowy telefonicznej wiedzą, co się zepsuło. Są też tacy, którzy nocami szukają w internecie specyfikacji technicznej i mogą się wylegitymować certyfikatami z różnorakich szkoleń. A wszyscy mają jeden cel. Zrobić Wam dobrze... rower.

Od obywatela do rzemieślnika
Bardzo długa droga, jaką kiedyś należało pokonać, aby otrzymać tytuł mistrzowski i zgodnie z prawem PRL naprawiać rowery jest dziś krótka niczym sieć autostrad w naszym kraju. Dzisiaj warsztat może mieć każdy, kto ma otwartą działalność gospodarczą, jakiś lokal, komplet narzędzi i dwie ręce (obydwie mogą być lewe). W poprzedniej epoce państwo znacznie bardziej „dbało” o to, żeby nikt nikomu rowerów nie psuł. W tym celu wydawano pozwolenia na wykonywanie rzemiosła. - Aby ubiegać się o pozwolenie trzeba było wybrać jedną z dwóch dróg. Krótsza z nich była zarezerwowana jedynie dla nielicznych, którzy mieli wyższe wykształcenie techniczne. Mając dyplom wystarczyło przepracować kilka lat w branży. Ci, którzy nie zrobili wyższych studiów, musieli przez wiele lat uczyć się rzemiosła pod okiem mistrza. Później można było próbować zdać egzamin czeladniczy i dalej mistrzowski. Dopiero mając tytuł mistrzowski można się było ubiegać o zezwolenie, ale oczywiście, jak to w PRL-u było, zawsze można było otrzymać odmowę wydania dokumentu. Naprawa rowerów bez wymaganych uprawnień była dawniej ciężkim przestępstwem - opowiada Wojciech Turlejski, właściciel sklepu i serwisu Cyclo-Centrum w Krakowie. Pan Wojciech twierdzi, że jest najstarszym z aktywnych zawodowo mechaników, którzy mogą się poszczycić takim dokumentem.

Kmiotek czy Fachura
Wybierając się do warsztatu każdy z nas ma nadzieję, że jego rowerem zajmie się prawdziwy fachowiec, a nie kmiotek, który do niedawna handlował burakami cukrowymi, a w zimie łowi karpia z przerębli. O tym, czy mechanik zna się na rzeczy najlepiej dowiedzieć się od osób trzecich. Zbierając opinie wśród znajomych warto wypytać o naprawę konkretnego elementu. Ktoś, kto świetnie zaplata koła, wcale nie musi być specem od amortyzatorów i vice versa. Wiszące na ścianie certyfikaty z pewnością pomogą nam w ocenie warsztatu, ale nie należy ufać im bezkrytycznie. Być może zostały one wystawione człowiekowi, który od kliku lat pracuje gdzie indziej. Podobnie jest w przypadku szkoleń. Z pewnością są one bardzo pomocne, ale nie oznacza to, że ktoś, kto nie brał udziału w szkoleniu z naprawy jakiegoś amortyzatora nie będzie umiał go naprawić. Najdłuższe szkolenia trwają kilka dni. Jest to wystarczająco dużo, aby poznać budowę amortyzatora, zastosowane materiały oraz najczęściej pojawiające się usterki. Kilka dni to jednak wciąż za mało, aby nabrać wprawy i bez spoglądania w schemat poradzić sobie z każdą usterką. Do tego potrzeba lat praktyki oraz wrodzonego talentu. - Byłem na kilku szkoleniach i niektóre uważam za stratę czasu. Czasem dostawało się dużo sprzętu i można się było nauczyć robiąc pod okiem fachowca. Było też tak, że przyjechał jakiś Murzyn, mówił po niemiecku, a ktoś to dla nas po łebkach tłumaczył i to miało być niby szkolenie - mówi Rafał „Kali” Kalinowski z krakowskiego Vario Bike. Po wielu latach pracy mechanik nabiera wprawy, której nie zastąpią żadne szkolenia. Choć na rynku wciąż pojawiają się nowe produkty, zasada działania wielu komponentów pozostaje bez zmian. - To jest tak jak z optyką. Musi być pewna kolejność i tego nie da się przeskoczyć. Różnice pojawiają się jedynie w kształcie, rodzaju przewodów i zastosowanych materiałów. Zawsze coś cię może zaskoczyć, ale jeśli umiesz obserwować, myśleć i wyciągać wnioski to zawsze sobie poradzisz. Na przykład jeśli w środku jest olej to zawsze gdzieś musi być otwór, którym ten olej został wlany. Może być gdzieś ukryty pod naklejką lub też śruba schowana jest pod stemplem. Osobiście największą wiedzę zdobywałem wtedy, kiedy ktoś kupił amora i wolał go oddać do pierwszego przeglądu mnie, niż do serwisu gwarancyjnego. Wtedy mogłem na spokojnie rozebrać sprzęt, dokonać naprawy i z powrotem wszystko złożyć - dodaje Rafał „Kali” Kalinowski. Pomocny w ocenie danego warsztatu jest też jego wygląd. Jeśli mechanik ma czysto na podłodze, a narzędzia są w miarę poukładane to można wnioskować, że po rozłożeniu Twojego amortyzatora nic się nie zgubi i wszystkie elementy znajdą się we właściwym miejscu.

Jaka praca taka płaca
Prawdziwi dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, dlatego bardzo trudno było nam dowiedzieć się, ile zarabia mechanik rowerowy. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że dobry serwisant „wyciąga” ponad dwa tysiące złotych na rękę. Początkujący, którzy pracują u kogoś mogą liczyć na ok. 8 zł/h. Znacznie mniej dostają pseudomechanicy z supermarketów, których zadaniem jest złożenie nowego roweru. Ich zarobek to ok. 5 zł/h w zależności od tempa pracy. Zupełnie inaczej kształtują się też zarobki serwisantów, którzy pracują na własny rachunek. Ci, którzy w branży siedzą od lat i mają pod sobą kilku pracowników mogą w sezonie zarobić nawet kilka średnich krajowych na miesiąc. Nowym graczom po opłaceniu czynszu oraz odjęciu kosztów pracy często na rękę zostaje niewiele ponad tysiąc złotych. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w zimie. Dla warsztatów, w których głównym źródłem zarobku jest wymiana dętki lub regulacja przerzutki jedynym wyjściem jest sezonowe przekwalifikowanie się na warsztat narciarski. Problemów ze spadkiem zleceń nie mają jedynie serwisy, które podejmują się bardziej skomplikowanych napraw. Dla specjalistów w dziedzinie serwisowania amortyzatorów nierzadko zlecenia przysyłane są pocztą. Często nawet z drugiego końca kraju.

Pokaż mi dłoń, a powiem Ci kim jesteś
Są takie zawody, które wpływają na nasz wygląd także po godzinach pracy. Bramkarza w dyskotece poznamy po łysej głowie, braku szyi i głupawym spojrzeniu, a zawodowego kolarza po ogolonych nogach i śmiesznej opaleniźnie zaczynającej się w połowie uda i bicepsa. A po czym poznamy mechanika? Hmm, no właśnie. Co zrobić, aby na randce czy na kolacji w luksusowej restauracji chociaż na chwilę nasze dłonie nie zdradzały naszego zawodu?

Grzesiek Dziadowiec - były mechanik zawodowej grupy Lotto
Podczas mycia roweru zawsze używam gumowych rękawiczek. Jeśli natomiast naprawiam jakieś brudne od smaru części to wtedy zakładam rękawiczki chirurgiczne. Nie jest tak, że siedzę w tych rękawiczkach osiem godzin. Robię swoje, potem zdejmuję rękawiczki i takie rzeczy jak regulacja czy dokręcanie części, kiedy dłonie się już nie brudzą, wykonuję bez rękawiczek. Mam nadzieję, że kiedy idę z kimś do restauracji trudno rozpoznać, że jestem mechanikiem. Wiem, że to mało estetycznie wygląda i jestem bardzo uczulony na tym punkcie.

Paweł „Cypis” Turlejski - serwis Cyclo Centrum w Krakowie
Trzeba mieć dobrą pastę do mycia dłoni. Wtedy można zmyć cały brud, że nie będzie widać ani śladu. Ja używam pastę Felix. Jedynie skóra zawsze trochę się niszczy, ale nie da się pracować w rękawiczkach przez osiem godzin. Nie można się też spodziewać tego, że jeśli ktoś ma dzień w dzień do czynienia ze smarem i narzędziami, to jego dłonie będą wyglądać jak u pianisty. Taka już jest dola mechanika.

Dodano: 2007-05-30

Autor: Tekst: Mateusz Nowak, zdjęcia: bikeBoard

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje