Stanisław Królak

Opowieści o powojennych czasach cechują się duża dozą sentymentu. Czasy były ciężkie okupant zniszczył prawie wszystko z resztą uporała się władza ludowa, ale ludzie byli świetni i co ważniejsze młodzi, piękni a niektórzy nawet sławni. Tłem opowieści o powstawaniu pierwszych powojennych sportowych rowerów niech będzie garść anegdot przedstawianych przez najjaśniejszą gwiazdę lat pięćdziesiątych Stanisława Królaka.

A przecież śledząc wyniki, czasy i długości etapów i dzienniki treningowe zawodników z tamtych czasów to włos się na głowie jeży. W IX Tour de la Paix w 1956 St. Królak zwyciężył dwunastoetapowy wyścig pokonując łącznie 12 etapów ponad 2213 km z przeciętną prędkością 37,362 km/h!!! Nie pytajcie na jakim rowerze, na jakich drogach, w jakim stroju i z jakimi odżywkami w kieszeniach. Nie tylko rowery były ze stali.
Treningi były podobnie intensywne i długie. Biorąc pod uwagę jakość ówczesnych dróg można dojść do wniosku, że byli to herosi. Kibice nie mieli co do tego żadnych wątpliwości. "W '51 byłem za młody na Wyścig Pokoju i nie dopuścili mnie do jazdy, ale jechałem jako rezerwowy przez cały wyścig. Czasami jechaliśmy przed głównym wyścigiem. Boże co się działo, jak ci kibice nas dopingowali myśląc, że to czołówka"!

Niezłomni i niezawodne

W tamtych czasach regulamin nie dopuszczał pomocy z zewnątrz. Zawodnik ze wszystkim musiał sobie sam radzić. Bardzo podobnie jak teraz jest w rowerach górskich. Jeśli się zdarzył defekt przed metą to czasami łatwiej było jakiś rower pożyczyć od kibiców niż swój naprawiać i nie raz widziałem jak zawodnicy przyjeżdżali takimi wynalazkami że strach. Najbardziej zapamiętałem jednego kolarza co na stadion wjechał na rowerze do którego parasol był przywiązany.

Propaganda zdominowała sport. Mimo licznych krytyk ze strony środowiska kolarskiego termin Wyścigu Pokoju podyktowany był obchodami tzw. Święta Pracy. Pierwszy maj na wyścigi dla Polaków był datą zupełnie abstrakcyjną. Na taki termin mogą sobie pozwolić południowcy.

Wyścig Pokoju był dla nas bardzo trudny, bo żeby w nim wystartować trzeba było mieć przejechane co najmniej 5000 km. A kiedy to zrobić jak wyścig był na początku maja?! Dopiero potem zaczęli wysyłać nas na treningi na ziemie odzyskane. Pod Wrocławiem i zimy były słabsze i śnieg nie zalegał na drogach. Panie! Przecież wtedy nikt dróg nie odśnieżał i ten śnieg zalegał całymi miesiącami! Samochody jechały trzy na krzyż więc nic nawet nie było rozjeżdżone. To gdzie było trenować?

Treningi
Trening z prawdziwego zdarzenia wprowadził dopiero Władysław Wandor. Pierwszy po wojnie trener kolarstwa z podstawami teoretycznymi.

Dziadek miał pecha. Jego forma systematycznie wzrastała ale jej szczyt przypadł na lata okupacji. Całe szczęście że jeszcze w 1939 wywalczył tytuł Mistrza Polski

Mówi wnuk słynnego trenera Michał zajmujący się importem kilku kultowych marek. Do czasów Władysława Wandora treningi wyglądały tak: najpierw trenerzy mówili co robić i jak długo ma trwać. Potem zawodnicy wyjeżdżali i... rzadko trenowali jak przykazano. Albo gdzieś po drodze zatrzymywali się i zbijali bąki, albo wręcz przeciwnie narażali się na krańcowe obciążenia ryzykując przetrenowanie. Wandor wywalczył motor dla celów trenigu kadry i wreszcie treningi były prowadzone pod nadzorem.

Wcześniej to co trening to wyścig szedł. Ambicja nas rozsadzała, a potem w zawodach nie starczało już sił

Mówi Królak.

Pewnie że próbowaliśmy innych metod, narciarstwa biegowego itd. Zdarzało się tak że jak trenowaliśmy w Zakopanem razem z biegaczami narciarskimi to czasami ich wyprzedzaliśmy! Niektórzy uprawiali też narciarstwo zjazdowe. Ale wcale nie było łatwiejsze bo przecież wyciągów nie było

Za trenera Władysława Wandora pojawiły się np. interwały. To on pierwszy bardzo porządnie rozpisywał założenia treningowe i skrupulatnie je realizował. Pierwszy postulował, żeby wydłużyć sezon za pomocą zagranicznych wyjazdów i zwiększać ilość startów.

Efekt był taki, że w '53 na Wyścig Pokoju przyjechaliśmy świetnie przygotowani szybkościowo. Zaczynaliśmy jak szatany, a potem... wszyscy nas wyprzedzali. Nie mieliśmy wytrzymałości. Pojawiła się dopiero w połowie wyścigu. Ale już w następnym roku mieliśmy wszystkie cechy motoryczne świetnie przygotowane

I na bazie przygotowanej przez trenera Wandora zrealizowano wreszcie marzenia kibiców, działaczy a przede wszystkim zawodników. Zwycięstwa w etapowych wyścigach z tym najgłośniej prezentowanym Wyścigiem Pokoju na czele.

Ciężkie czasy
Ważne żeby przypomnieć po co i dla kogo organizowano Wyścig Pokoju nazwany przez Tadeusza Mytnika Wyścigiem Wojny. Propaganda sięgnęła zenitu kiedy przez tereny świeżo skażone wybuchem w czarnobylskiej elektrowni jądrowej pojechał wyścig. Oficjalnie wybuchu nie było, więc oficjalnie nie mogło też dojść do skażenia radioaktywnego. Dlatego kolaże byli bezpieczni - oficjalnie. A mówi się że w latach osiemdziesiątych zarówno terror i propaganda komunistyczna osłabła. No to posłuchajmy Stanisława Królaka.

Wmanewrowano mnie. Dołączyło się kilka zbiegów okoliczności i stałem się wrogiem publicznym. Spadłem z piedestału, no ale sam się pchałem na afisz i tego było za wiele. Zawieszono mnie na trzy lata... próbowałem jeszcze trenować. Ale nie było za co. Przecież myśmy byli wtedy amatorami, zarobki były śmieszne, a główną nagrodą za Wyścig Pokoju była wuefemka

Ten mały motor dziś odpowiada skuterowi i nie przekonuje nas argument o tym, ze w tamtych czasach była to znacznie bardziej pożądana rzecz niż dziś samochód małolitrażowy. W 1956 r. "Trybuna Ludu" informowała:

Po etapie do Karl-Marx-Stadt (przed 1949 r. i dziś: Chemnitz) kolarze dostali swoje nagrody. Więckowski odebrał kilo bananów i pół kilo cukru. "Prowiant" z mety do hotelu dowiózł i zjadł wszystko przed kolacją

inne zwycięstwa premiowano np. teczkami.

Ile ja ich dostałem... Potem żona chciała coś sprzedać żeby było na życie, to napisali, że jesteśmy handlarzami. Do dziś dnia jeszcze mi kilka tych teczek w domu zostało. Ale nagonka na mnie miała i ważniejsze reperkusje, nie mogłem znaleźć pracy, siostra ją utraciła... Wyjechałem więc na półtora roku do wyrębu lasu w Karkonosze. 15 kilometrów rowerem dojeżdżałem zimą...

Części

No i jak wróciłem do Warszawy to chciałem znowu zająć się rowerami i założyłem warsztat naprawy rowerów. Ale tak to wszystko utrudniali, żeby nic nie robić... Nie chciałem położyć uszu po sobie i zdać się na władzę. Ja musiałem się czymś zajmować. A w tamtym czasie to do każdego fachu trzeba było papiery robić. Imałem się różnych zawodów i teraz mogę się poszczycić mistrzowskim dyplomem w ślusarstwie, motoryzacji. Mam papiery elektryczne, chemiczne i trenerskie, ba nawet zawodowe prawo jazdy na autobus z przyczepą! A z tym warsztatem to było tak, że W '52 to ten wyścig przejechałem bez defektu. Od jednego z zagranicznych mechaników kupiłem ciężkie jak nieszczęście ale bardzo trwałe szytki Pirelli Normal. Po 400 g każda. Guma ta nie była może najwyższej próby, ale w tamtych czasach na naszych drogach nic innego tak dobrze się nie spisywało. Przebijając dętkę w zasadzie można się był pożegnać z dobrą pozycją.

O Wyścigu pokoju możecie przeczytać na stronie www.tygodnik.com.pl.

Dodano: 2012-06-05

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, zdjęcia: bikeBoard

Tagi: historia roweru

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje