Po ośmiu sezonach ścigania nagle coś zaczęło się psuć. Pojawiły się problemy zdrowotne a widmo zakończenia "kariery" (tak, wiem, że to przesadne określenie) zajrzało prosto w oczy. Nagle znalazłem się po drugiej stronie, zajmując pozycję wśród tych, którzy zostali zdani na łaskę naszej służby zdrowia. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie. Ukoronowaniem był pobyt w szpitalu i próba powrotu do czynnego sportowego życia. W dodatku przez wiele tygodni nie było mowy o jeździe na rowerze. Głownie dlatego, że moje dolegliwości związane były z hmmm… punktem styku. I wcale nie chodziło tu o dłonie i stopy. Dzięki temu mogłem rzucić się w wir innych sportów, np. szachów czy brydża ;-) Na szczęście mogłem jeszcze biegać, jeździć na rolkach i chodzić "na siłkę". Początki nie były łatwe. Pamiętam pierwszy marszobieg… Po 20 min. w czasie których pokonałem 2,5 km dotarłem do punktu powrotu i pomyślałem, że chyba nie dam rady. Oddech się rwał, serce waliło jak młotem a przed oczami latały jakieś ciemne płaty. Jakoś na szczęście udało się wrócić, za to wieczorem dostałem 39 stopni gorączki. No cóż, nie była to zbyt optymistyczna wizja. W każdym razie jakoś stopniowo rozruszałem się a z czasem uzyskałem pozwolenie na jazdę na rowerze. Było to na przełomie marca i kwietnia. Oczywiście w tej sytuacji cały sezon w kontekście generalki uznałem za stracony. Postanowiłem odpuścić sobie znane ogólnopolskie cykle i spróbować wystartować w pojedynczych zawodach. Stąd, w pogodną niedzielę 26 czerwca, znalazłem się w Kielcach.

Stałem na linii startu a w głowie tłukły się sparafrazowane słowa piosenki: "mój pierwszy start, te podjazdy leciutkie jak nie wiem. Pierwszy start".* Nie mając pewności co do swojej dyspozycji, na wszelki wypadek stanąłem bliżej końca. Ale żeby nie było, że nie starałem się, to wybrałem dystans najdłuższy, czyli Master. Uznałem, że trasa 56 km z ok. 1300 m przewyższenia powinna być w sam raz. Wprawdzie cały poprzedni dzień miałem zespół napięcia przedstartowego ;-) ale stojąc na starcie, byłem już spokojny. A nawet pogodzony z losem. Pomyślałem, że co ma być, to będzie. Na sygnał startu ruszyłem, podobnie jak wszyscy inni. Początkowo trasa łagodnie wznosiła się i co dziwne, wydawało mi się, że moja część stawki jedzie trochę za wolno. Zwłaszcza, że czołówka dość szybko znalazła się hen, za horyzontem. Postanowiłem utrzymywać swoje tempo, nie szarżować i delektować się jazdą. Trasa była taka, jakiej się spodziewałem. Raczej nietrudna technicznie ale obfitująca w niezbyt długie sztywne podjazdy. Podłoże raczej suche, oczywiście poza rzeczkami które trzeba było parokrotnie pokonać. Najgorszy był gruby piach, który destrukcyjnie działał na napęd a przez to i na moją psychikę. Poza tym, skorzystałem z okazji i całymi garściami czerpałem przyjemność z jazdy. Wprawdzie moment wahnięcia przeżyłem przy pokonywaniu stoku narciarskiego, szczególnie na drugim kółku, ale generalnie nawet to nie było w stanie zmącić mej radości. Oczywiście były i momenty zahaczające o dramat ;-) szczególnie gdy kilkakrotnie spadał mi łańcuch. Jak ja spadłem z roweru to nawet nie było tak najgorzej, nawet się nie potłukłem. No cóż, Matka Ziemia wszystko przyjmie. Tak naprawdę, to niedobrze było ok. 2 km przed metą – niestety dopadały mnie kurcze. Na przedostatnim podjeździe jedną ręką trzymałem kierownicę a drugą starałem się rozmasować raz jedną, raz drugą nogę. Na szczęście udało mi się jakoś przetrwać i szczęśliwie finiszować.

Maraton uważam za względnie udany. Trasa bardzo ciekawa, urozmaicona i dobrze oznaczona. Z bufetów nie korzystałem, ale jeżeli były tak zaopatrzone jak ten na mecie, to nie ma powodów do narzekań. To dlaczego "względnie udany"? Bo obnażył moje braki. Podjazdy mógłbym jechać szybciej, zjazdy również. Co tu kryć, po płaskim też mógłbym jechać żwawiej ;-). Szczególnie w drugiej części dystansu. Natomiast moje najpoważniejsze zastrzeżenie dotyczy długiego oczekiwania na umieszczenie wyników w sieci. Przecież każdy kto chciał, dostał swój rezultat SMSem, dekoracja się odbyła - zatem wyniki były. To skąd to opóźnienie? Wprawdzie wiem, że przyjechałem 4. w kategorii i 38 Open, ale chętnie na gorąco porównałbym swój czas z innymi o międzyczasach nie wspominając. Nb. startowałem w innych zawodach i wiem, że stosowne rozwiązania istnieją ;-)
Na zakończenie pochwalę się, że po raz pierwszy wystartowałem na oponach bezdętkowych. I dochodzę do wniosku, że zakup tych opon, to była jedna z lepszych, aczkolwiek spóźnionych, decyzji. Opony (Rubena Charibdis) trzymały się jak przyklejone i co najważniejsze, nie bałem się, że dołączę do tłumu pechowców gorączkowo zmieniających dętki gdzieś na poboczu trasy.

* Kalina Jędrusik „Mój pierwszy bal”: http://www.emuzyka.pl/Kalina-Jedrusik/piosenka/Moj-pierwszy-bal,7334.html

Dodano: 2011-06-30

Autor: Źródło: bikeBoard- Robert Baś, zdjęcia: TEAM MTB CROSS

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje