Ponad 4000 zawodników z całego świata, 6 różnych dystansów, jeden cel – meta w Bad Goisern. W sobotę 16 lipca wystartował najsłynniejszy maraton - Salzkammergut Trophy!

Zdrobniale zwany „Salzem” jest bez wątpienia największym, jednodniowym maratonem mtb w Europie. To spełnienie marzeń dla górali rządnych długich podjazdów, technicznych trawersów i rewelacyjnych zjazdów. Jest najcięższym, najdłuższym i najciekawszym maratonem na starym kontynencie, a jego ukończenie to obowiązek dla każdego, kto zwykł się określać mianem „maratończyka”.

Centrum imprezy jest Bad Goisern, austriackie miasteczko położone w malowniczej dolinie, u podnóży masywu górskiego Dachstein. Na jeden dzień w roku zamienia się w Mekkę, do której ściągają wierni miłośnicy mtb, gotowi złożyć ofiarę w postaci ciężkiego wysiłku, wielu litrów wylanego potu i kilkudniowego bólu ciała. Wszakże to już Alpy Salzburskie! A te szczególne pasma gór, których nazwa rozpoczyna się od magicznej litery „A” są dla górali spełnieniem marzeń. To na tej imprezie od wielu lat pojawia się sam twórca roweru górskiego – Gary Fisher - i mimo, iż nie jest już młodzieńcem, staje na starcie 119 km dystansu, walcząc na równi z innymi zawodnikami.

Organizacja

W przypadku Salzkammergut Trophy trudno mówić o jakichkolwiek niedociągnięciach. Wszystko dopięte jest na ostatni guzik, a cała impreza przygotowana jest na najwyższym poziomie. Śmiało można stawiać to wydarzenie za wzór do naśladowania!

Dzień przed startem w Bad Goisern roiło się od rowerzystów. Pozorny chaos, jaki zdawał się panować na miejscu, był jedynie złudzeniem. Wszędzie widniały czytelne znaki kierujące zawodników do kolejnych punktów rejestracyjnych. Długie kolejki, szybko topniały, świadcząc o wysokiej sprawności organizacyjnej. Po odebraniu pakietu startowego można było od razu korzystać ze specjalnych voucherów uprawniających do pobrania gratisów i zniżek na określone produkty.

Zawodnicy z najkrótszych dystansów, rozpoczynali swoją jazdę w Obertraun. Organizatorzy zapewnili darmowy przejazd pociągami do oddalonego o kilka kilometrów miasteczka. Start do tych najdłuższych (119 i 211 km) miał miejsce w Bad Goisern i tutaj też wszystkie dystanse miały swoją metę.

Na trasie znajdowały się specjalne strefy bufetowe, liczące średnio 2 km długości. Od pojawienia się pierwszego znaku informującego o ich początku można było pozbywać się wszelkich papierków, śmieci itp. rzeczy, które mogły nam przeszkadzać. I uwierzcie mi! Na całej trasie nie było żadnych odpadów poza specjalnie przygotowanymi odcinkami. W ich połowie znajdowały się bogato wyposażone bufety oraz namioty serwisowe. Wystarczyło poprosić serwismena z namiotu technicznego, a on podbiegał i smarował pieczołowicie łańcuch, jakby czuł się współodpowiedzialny za twój sukces. W tym czasie można było zająć się uzupełnianiem kalorii przed kolejnym podjazdem. „Feed Zony” były wyposażone we wszystkie niezbędne elementy, które mają pomóc zawodnikom dotarciu do mety.

Co ogromnie cieszyło, nawet starsze panie pracujące przy przygotowywaniu napojów i kanapek, świetnie wiedziały gdzie droga zaraz będzie skręcać, ile kilometrów liczy najbliższy podjazd i co jeszcze zostało przed nami. Ot tak! Bo dla Austriaków rowerzyści to wielcy ludzie i dla każdego należy się szacunek. Chętnie pomagali każdemu zawodnikowi jak tylko mogli.

Oznakowanie całej trasy było bardzo czytelne. Duże, wyraźne znaki, jasno kierowały nas po trasie. W przypadku gdyby ktoś zboczył ze szlaku, długo nie musiałby się nad tym zastanawiać. Wielki czarny krzyżyk na białym tle informował, że należy się wrócić (wiele nie kosztujący zabieg, a jakże byłby przydatny u nas w Polsce! Gdzie błądzenie jest niestety normą).

Dodano: 2011-07-22

Autor: Źródło: bikeBoard- Jakub Świderski

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje