Ten najpopularniejszy, największy i pewnie jeden z najtrudniejszych wyścigów jednodniowych na naszym kontynencie od wielu lat stanowił jeden ze ściganckich obiektów pożądania i elementów kolarskiego wykształcenia. Wielu znajomych, zakręconych maratończyków z wypiekami na twarzy wyobrażało sobie start w "Osterreichs grosster MTB Marathon". Do tanich on jednak nie należy, a wpisowe to dopiero początek inwestycji, więc na pocieszenie każdego roku pozostawały niesamowite obrazki z trasy ukazujące piękno rejonu Salzkammergut oraz podziw dla tych, którzy mimo heroicznego poświęcenia podołali wyzwaniu. To one podtrzymywały w nas tlące się iskierki nadziei, że my też kiedyś dopniemy swego i  dumnie powiemy: Salzkammergut Extreme Distance Finisher, bo tylko 200km od początku wchodziło w rachubę.
Gdy tylko zarysowała się szansa wzięcia udziału w tym wydarzeniu poczułem się w jakiś sposób wyróżniony. Dzięki uprzejmości organizatora, Martina Hubera, i jego wieloletniej znajomości z Miłoszem udział w tym wydarzeniu stał się faktem. Chętny do podjęcia próby pokonania nie tyle strasznego dystansu co masochistycznej ilości podjazdów był również Zbyszek - kolega z SIKORSKi bikeBoard Team. W ostatniej chwili dołączył do nas Marcin. "Odziedziczył" on wjazd po Zbyszku, który wygrał drugie wpisowe pokonując pogodę i trasę w trakcie "polskiego Salzkammergut", czyli podhalańskiego Kelly’s Supermaraton. Mailowa prośba o zmianę rezerwacji startowego Zbyszka na rzecz Marcina i zapewnienie dodatkowego noclegu, praktycznie na dzień przed wyjazdem, spotyka się z błyskawiczną reakcją. Wiadomość " We already talked to Huber Martin and we made the registration for Marcin Wróbel ... he can take part on the 114km course. There is also one bed left for Marcin…" nie pozostawia złudzeń co do profesjonalizmu organizacji wyścigu.
Podróż do Austrii zaczyna w tym sezonie wchodzić nam w krew, jeszcze kilka razy i pokonamy ją szybciej niż dwukrotnie krótszy odcinek do Karpacza w naszym pięknym kraju…
Już kilka kilometrów od celu mijamy dziesiątki pojazdów wypełnionych rowerami, zaparkowane przy każdej wolnej kwaterze. Bad Goisern niemal razi niezliczoną ilość namiotów znanych marek oraz setkami kolarzy kilkudziesięciu narodowości, którzy praktycznie korkują  centrum miasteczka tworząc atmosferę festiwalu i prawdziwego kolarskiego święta. Wcięta w alpejską dolinkę miejscowość wielkości Istebnej powoli staje się, jak co roku, stolicą europejskiego MTB. Czyste niebo, piekące słońce i wysoka temperatura w żaden sposób nie zwiastują jakiegokolwiek kataklizmu. Jedynie tempo w jakim chłopaki uwijają się przy układaniu dachówki na dachu sporego domu naprzeciw naszej kwatery oraz coraz mocniejsze podmuchy wiatru dają do myślenia. Miejscowa szkoła zaadaptowana na centrum zawodów pęka w szwach, jednak doskonałe oznaczenie i tabliczki bezbłędnie prowadzą nas, niczym zagubionych pierwszaków, do odpowiedniej sali w zależności od dystansu. Chwilowe kłopoty, które mieliśmy z odebraniem numeru Marcina również sprawnie rozwiązano.

Dodano: 2009-10-31

Autor: tekst: Jarek Hałas, zdjęcia: Scotty & NoSane, bikeboard.at, organizator

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje