Poszybuj!
Zaczęło się od szybowców. Takich z balsy. Kadłuby robiłem z włókna szklanego, latały wysoko i lekko. W sumie do dziewiętnastego roku życia chodziłem do modelarni i budowałem te szybowce. Na modelarnię dojeżdżałem rowerem. Takim zwykłym. Też lekko chodził, bo przy nim grzebałem bez ustanku. I nagle okazało się, że ten rower to dla mnie całkiem poważna sprawa. Zabawa przerodziła się w coś więcej. Nie powiem, że to było poważne ściganie, ale od ‘93-‘95 roku zacząłem startować w zawodach i całkiem nieźle mi szło. Jeździłem na zawody PZKolu dla amatorów. Startowałem na Pomorzu, w Poznaniu w Pobiedziskach, Stargardzie, Kołobrzegu, Maszewie. To były naprawdę fajne przeżycia, a jakie nagrody były! Nigdy nie zapomnę jak za pudło w Bornym Sulinowie dostałem żelazko do zaprasowywania kantów w spodniach.

Dorosłe życie
No ale trzydziestka na karku i zaczęło się dorosłe życie, założyłem rodzinę. Pochłonęła mnie własna firma. Słowem przez pięć lat rower się kurzył, a o szybowcach to już całkiem zapomniałem. Wielu kolegów miało tak samo. Wrócili do roweru po latach, bo zaczęli się gorzej czuć. Najpierw czegoś człowiekowi brakuje - nie ma emocji, a siedzenie przy grillu z piwem w garści nie wystarcza. A potem się okazuje, że lepiej o zdrowie zadbać przed, a nie po chorobie. Trzeba regularniej żyć, lepiej się odżywiać. No to odkurzyłem taką swoją starą ruską szosówkę. Poprzerabiałem ją, nowe rury wlutowałem, linki pochowałem do środka, cały tylny trójkąt poprzerabiałem. Chłopaki z Orkana Budzistowo czasem sprzedawali używany sprzęt, no to od nich koła na szytki zakupiłem, a do tego komplet takich żółtawych ruskich szytek. Jak napompowałeś to szło że hej! Nici woziłeś, zestaw do szycia, żeby w razie awarii rozpruć ją i zalepić. No i normalne treningi się zaczęły. Jasne że na Jaguarze się trenowało, ale ta moja ruska szosówka to furorę wśród znajomych robiła. No i jak w Koszalinie zawody dla amatorów udało mi się wygrać, to zacząłem treningi poważniej traktować. Herba mnie zauważył, ale do klubu nie bardzo jeździłem. A u nas w Kołobrzegu Heniek Hulewicz mnie zaczął zabierać na wyścigi mastersów. Startowaliśmy w innych kategoriach, ale podpowiadał mi jak trenować i się ścigać. A kiedyś przy okazji treningu na trasie Kołobrzeg - Świdwin wypatrzyłem w Wartkowie dom. Taki wielki popegeerowski, w którym dom kultury był, czy coś w tym stylu. Któregoś razu zajechałem, pogadałem w gminie i dowiedziałem się, że jest na sprzedaż. Wyremontowałem wszystko elegancko, zrobiłem bar, a w dużej sali organizowałem dansingi, dyskoteki. I z tego żyłem. Ale, że z zawodu jestem stolarzem, to po remoncie wróciłem do drewna. No a przede wszystkim znowu zacząłem jeździć. A właściwie zacząłem treningi!

Dodano: 2008-07-31

Autor: Rozmawiał Miłosz Kędracki, zdjęcia: Daniel Klawczyński, Krzysztof Klincewicz

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje