Zimno ciemno mokro – te trzy przymiotniki w założeniu powinny wystarczyć do opisu całej imprezy, ale tak może uważać tylko osoba, która zrezygnowała ze startu... Ale po kolei: już 17 maja w świat poszła fama, że zapisy na tegoroczną edycję są zamknięte i limit miejsc został wyczerpany. Taki błogi stan trwał aż do zeszłego tygodnia kiedy to modele pogodowe zaczęły mówić o dużym froncie atmosferycznym i nagłej zmianie pogody.

Ta huśtawka trwała i trwała, co więcej, nawet dosięgła organizatorów którzy mimo wcześniejszej pewności, że rajd się na pewno odbędzie sami utracili tą siłę w sobotę rano podając informację o możliwości odwołania rajdu ze względu na zapowiadane możliwe opady śniegu w wyższych partiach trasy. Pojawiło się wiele głosów za odwołaniem rajdu, ze względu na bezpieczeństwo, zimno itd. Mój do nich nie należał, lubię ciężkie wyzwania kiedy nie tylko siła mięśni się liczy ale bardziej hart ducha dlatego mocno kibicowałem organizatorów aby zawody jednak się odbyły. Niepewność trwała jednak niemal całą sobotę, gdyż dopiero ok 19 zapadła decyzja, że wyścig ruszy, w trochę zmienionej formule, bo nie ze startu wspólnego, a w mniejszych grupach, ale jednak się odbędzie. Uspokojony, że będę miał co robić w niedziele i będę spokojnie mógł odpocząć w pracy w poniedziałek poszedłem spać.


Niedzielny poranek rozwiał, czy raczej 'rozmył' wszelkie wątpliwości. O ile do samochodu zapakowałem się suchą stopą, to już po przejechaniu 1 km zaczęło lać i lać i lać  i tak aż do Nowego Targu. Jakież było moje zdziwienie kiedy w radiu podczas wiadomości padło zdanie 'słońce wzeszło o...' jakie słońce? Gdzie? Jest środek nocy przecież... Jednak na miejsce startu dotarłem dość spokojnie, na parkingu przed miejską halą sportową Gorce (start/meta) niemrawo snuło się kilka osób, a i samochodów było bardzo mało jak na to, że pierwsze starty miały się odbyć już od 7:00. Postanowiłem że będę się zbierał nieśpiesznie i ruszę swoim tempem. Pech chciał, że kiedy byłem gotów okazało się że przede mną wystartowało kilka grupek i na start czekam tylko ja. Zdecydowałem, że poczekam na dodatkowych kompanów i tym sposobem stałem i czekałem ok 30 min zanim zbierze się chociaż 5 osób gotowych do startu. W końcu ruszyliśmy. Dość szybko przekonałem się, że wcześniejsze oczekiwanie było zbędne bo po ok 30 km z 5 osób został mi tylko jeden towarzysz, co więcej już wtedy po drodze minęliśmy kilku rowerzystów, którzy zawrócili pokonani przez warunki, które od startu do mety były niemal identyczne czyli regularny deszcz non stop i tylko temperatura zmieniała się w zależności od wysokości (od 10 do 4 stopni Celsjusza).


Pierwszy etap trasy to droga z NT przez Bukowinę aż do Štrbské Pleso (1350 m n.p.m .) -najwyższego punktu na trasie, gdzie ulokowany był pierwszy bufet. W nogach było 75 km z czego praktycznie całość prowadziła w górę, ale to był najprzyjemniejszy moment dnia, bo ciało mogło się spokojnie rozgrzać. Już na tym podjeździe udało się złapać kilka osób z wcześniejszych grup które jechały spokojniej. Sam bufet był bardzo dobrze zorganizowany - ciepłe napoje, dużo jedzenia, folie termiczne i nawet dla chcących możliwość ogrzania się... w karetce! Ja osobiście czułem się dobrze i postanowiłem nie wychładzać organizmu i po kilku chwilach ruszyłem, niestety na najgorszy odcinek trasy, bo kiedy spodziewałem się że będzie zimno na zjeździe, to naprawdę w kość dał stosunkowo łatwy i płaski odcinek prowadzący do Liptowskiego Mikulaszu, jak się okazało wiatr wiał bardzo mocno i potęgował uczucie zimna i wciskając wodę jeszcze głębiej i bliżej ciała. Całe szczęście na zjeździe udało mi się złapać większą grupę w której choć trochę raźniej i łatwiej było pokonać ten zaskakująco miażdżący odcinek. Po dotarciu do drugiego bufetu na 130 km musiałem chwilę poczekać, aż czucie w lewej dłoni powróci, bo nie byłem w stanie utrzymać choćby kubka z herbatą. Założyłem również jeszcze jedną kurtkę, którą miałem schowaną w sakwie i tak ruszyłem w kolejną część 'zabawy.' Etap z podjazdem i zjazdem pod Zuberec, to kolejny segment który był naprawdę ok, solidny podjazd na którym ciało znów mogło wygenerować tyle ciepła aby czucie powróciło i motywacja znów wzrosła, aby czuć coś więcej z tej 'zabawy' niż tylko ból odmrożonych kończyn. Następny bufet ulokowany zaledwie o 20 km od poprzedniego ale i tak nie został przeze mnie pominięty, bo możliwość skorzystania z ciepłej herbaty to super sprawa. Co więcej, mogłem śmiało zostawić bidon w domu, bo na 200 km napiłem się dosłownie 2 razy z niego a to i tak tylko dlatego bo pomyślałem, że szkoda to wieźć i nawet nie skorzystać... resztę nawodnienia chyba pobrałem poprzez skórę i te 3 herbaty na bufetach :)


Na ostatni etap już dość spokojnej trasy ostatnich 50 km i powrotu do NT wyruszyłem wraz z kolegą z którym rozpocząłem całe wyzwanie, mimo że na nic się nie umawialiśmy, mimo że co jakiś czas on mnie gdzieś urywał, potem gdzieś ja go gubiłem, mimo że miałem jeden techniczny defekt i tego że co jakiś czas dołączaliśmy do różnych grupek osób doganianych, jechaliśmy razem i na ten etap ruszyliśmy sami i tak spokojnie dojechaliśmy do mety. Spokojnie może nie było, bo droga była dość mocno urozmaicona, przez podjazdy, zajazd, zerwane mosty, mijanki, ale dwa elementy tego odcinka były zdecydowanie kolorowymi akcentami tego dnia. Pierwszy to moment kiedy nagle wyjeżdżamy z lasu zmoknięci już od 5 godzin a tu w Orawicach wita nas widok na baseny termalne i ludzi równie, albo nawet bardziej mokrych od nas, szkoda tylko że u nich temperatura wody miała dobrych kilkadziesiąt stopni... Spojrzałem tylko z żalem na kompana i w milczeniu spuściliśmy głowy w walce ze sobą. Nie minęło kilka kilometrów, a tu niedaleko polskiej granicy kolejna ożywiająca szarobury świat sytuacja: widzę że jakieś zwierze biegnie przez pole i nagle wbiega na drogę, myślałem że to sarna, a tu okazało się, że na trasie stanął nam wilk! Piękny, smukły, w momencie naszej konsternacji on też nas zauważył, najwyraźniej wyglądaliśmy dla niego jeszcze bardziej groteskowo, w kolorowych strojach z łopoczącą folią termiczną. Niby taki duży zwierz, postrach wszystkich, a uciekał jak spłoszony zając! To już wystarczająco mnie otrzeźwiło i już ostatnie kilometry to mocna praca aby tylko dotrzeć już do celu.


Niestety ostatnie 20 km ze średnią dobrze ponad 30 km/h ubywało niemiłosiernie wolno, bo to niby tak blisko, ale niestety trzeba jeszcze z siebie trochę dać. Najgorsza była 'czerwona fala' sygnalizacji w NT, do celu już 2 km a na 6 świateł na 4 musieliśmy się zatrzymać, za każdym razem ruszenie było prawie ponad siły. Niemniej, w końcu po niecałych 7 godzinach dotarliśmy do celu. Od razu poczęstowano nas gorącą herbatą, a ja szybko skorzystałem z gorącego prysznica, tzn. nie wiem czy był gorący czy też woda miała może 15 stopni, ale dla mnie było to doświadczenie niczym wejście do term które mijaliśmy. Powoli czucie wracało do wszystkich partii ciała, a kiedy znów poczułem się jak człowiek zaserwowano ciepły posiłek, niby nic wielkiego, a jednak cieszy niczym danie z najlepszej restauracji.


Planowo po samych zawodach miało odbyć się oficjalne podsumowanie i wspólna fotografia, niestety w związku z tym że wielu uczestników wcześniej odpadło z rywalizacji, a ci którzy dojechali myśleli przede wszystkim o zadbaniu o swój komfort, wielu już dawno było w drodze do domów. Niemniej impreza była bardzo udana, wszystko co miało być zagwarantowane, było bardzo dobrze przygotowane, organizator bardzo mocno starł się ułatwić trudy uczestnikom, a obsługa na bufetach była perfekcyjna, wszyscy mili, pomocni i równie zziębnięci jak my, aż żal mi ich było że tak muszą stać i czekać na jakiś nienormalnych rowerzystów którzy mają ochotę sobie pojeździć w deszczu przez 200 km po górach.


Reasumując, edycja 2018 rajdu wokół Tatr zdecydowanie będzie niezapomniana, z 350 osób zarejestrowanych do startu, na trasę ruszyły 74 osoby z czego ok 50 dojechało do mety, a wszyscy Ci którzy jednak zdecydowali się na start na pewno mogą czuć duże zadowolenia z pokonania wielu przeciwności, lub chociażby zmierzenia się z nimi! Teraz jak ktoś zapyta; hej, a jechałeś kiedyś Rajd wokół Tatr, śmiało będę mógł powiedzieć, TAK! Edycję 2018!

Dodano: 2018-08-28

Autor: Tekst: Mateusz Skarżyński, zdjęcia: Wiktor Bubniak

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Trek Madone SLR
Cannondale SystemSix
Wilier Triestina Cento 10 Air
Scott Foil 20 czy 20 Disc
Specialized Enduro Pro 29
Liv Intrigue Advanced 0
Giant Defy Advanced Pro 0
Canyon Grail CF SL 8.0
Romet Mustang M1