Apetyt był wielki, rozbudzony poprzednimi edycjami. Z różnych przyczyn, w poprzednich latach, trasy były zmieniane. Każda Gwiazda to coś nowego, zaskakującego. Lipcowa pogoda jest bardzo dynamiczna, a okolice Zawoi, Makowa czy Stryszawy to lasy, wciąż nie objęte jeszcze szałem budowy dróg szutrowych, dzikie, o drogach i ścieżkach poddających się czynnikom atmosferycznym.

I na takich właśnie najlepiej uprawia się MTB. Nie na przygotowanych wygodnych szerokich duktach którymi prowadzą podjazdy większości maratonów, nie zbudowanymi ścieżkami, singlami czy pumptrackami których coraz większy udział się widzi na imprezach rowerowych. Dorastałem kolarsko w czasach Danielek, czy brałem udział w maratonie w Kościelisku gdzie giga jechało się 11h. I nikt nie mówił o tym ultra jak dziś. Był to chleb powszedni maratończyka. Dzisiejsze giga to dawniejsze mega, a na dwudziestoparo kilometrowe hobby żaden szanujący się kolarz amator nawet nie spojrzał – to było przedszkole i tam jeździły dzieci. Aaa… No i krakowska legenda zjazdów. ;) Bo sponsor chciał zwycięstw… ;)


No ale dość wspomnień – choć trudno od nich uciec biorąc udział w tak dobrze przygotowanej imprezie jak Gwiazda Południa: Cezary znalazł złoty środek pomiędzy czasem jazdy, dystansem i ciekawą nie nudzącą się i dającą wycisk trasą. Wierzcie mi: pisząc ten tekst mam świetną pamięć ukrytą w mięśniach o tej imprezie. Pamiętam nogami każdy podjazd, ręce pamiętają każdy zjazd, kamień czy korzeń, a rower liże rany po urwanej szprysze czy lejącym przegrzanym hamulcu. Mięśnie pamiętają te 200km bardziej niż niedawną grecką odyseję gdzie przejechaliśmy ze Zbyszkiem ponad 600km gdzie podjazd potrafił mieć 35km i różnicę wzniesień 1900m. Gdzie walczyliśmy o zwycięstwo i zabrakło nam 2min do greckiego lauru. Tu, na Gwieździe, udało mi się wygrać, samotny wysiłek jest jednak inny – łatwiej na chwilę przysnąć na podjeździe – nie będąc dopingowanym przez silniejszego partnera, a mimo to odczuwam mocniej Gwiazdę.
Startowałem w czasówce pierwszego dnia mocno zestresowany i nie dospany po wizycie w szpitalu. W generalce zająłem dopiero 31 miejsce co zapowiadało podobną dyspozycję jak rok wcześniej. W M3 – dziewiąty. Spoko. To tylko czasówka a na podjazdach rower full plus wiek nie daje przewagi nad młodszymi „hardtailowcami”. A drugi dzień od rana zapowiadał się ciekawie: nocne opady oraz generalnie ostatnio dynamiczna pogoda zwiastowała techniczną wyrypę. Taką lubię: trudną, jezdną, kondycyjno-techniczną. Pierwszy podjazd i już wiem że będę wysoko. Trzymam się pierwszej grupy niemal do końca pierwszego up-hilla, mam bezpieczną przewagę nad resztą więc na zjazdach wyjdzie kto jest nizinnym wymiataczem a kto uniwersalnym góralem. Luz powstały pomiędzy pierwszą grupą i resztą stawki pozwolił mi na przyjemne rozkoszowanie się zjazdami, bez niepotrzebnego ryzyka. Pojedynczych prosów dopadłem ale przewaga nie była duża aby utrzymać ich za sobą. Kolejne kilometry upływały na wspaniałych wymagających zjazdach, trudnych technicznym podjazdach, czasem kilka metrów podprowadzenia, wspaniałych widokach. Nadszedł ostatni podjazd pod Beskidzki Raj. Widzę kilku przeciwników w tym dwóch raźniejszych z dystansu PRO. Zapinam mocniej. Wyprzedzam ale jeden mnie trzyma. Wyprzedza mnie na ostatnich metrach pod górę. Dopadam go w połowie zjazdu wyprzedzam. Ale zmarszczka pod górę, zmuliło mnie, kolega świeższy - ucieka. Na mecie dostaję 40 sek. Okazuje się że w M3 jestem drugi. To Adam - mój Przeciwnik z którym będę toczyć boje, prowadzić towarzyskie rozmowy na podjazdach, będziemy sobie uciekać i czekać na swoje błędy, by potem etap zakończyć „misiaczkiem” na podium.


Etap drugi: i znów pogodowy dynamizm daje o sobie znać. Część trasy jest nie przejezdna. Organizatorzy skrócili pętlę do ok. 25km a dystans pro jedzie ją dwukrotnie. I po przejechaniu pierwszej, powiem wam, na drugą nie mogłem się doczekać. Słowa te nabrały dosłownego znaczenia na odcinku łącznikowym. Nazwałem go „zemstą szosowca” ;) Był to odcinek szosowy o niewyobrażalnym nachyleniu, zakończony terenową, usianą „telewizorami” rynną o równie niemierzalnym nastromieniu. Asfalt przemieliłem ale rynna mnie zmięła. Było z buta. Na mecie każdy ją wspominał: nawet prowadzone rowery zdawały się protestować… Potem już tylko miód: wspaniała techniczna ale i błotnista szczytówka oraz zjazd który filtrował nizinnych od górali. Na mecie okazało się że dojechałem przed Adamem niwelując straty i przed ostatnim etapem miałem nawet 13 sek przewagi. Otrzymałem obietnicę: „jutro zaatakuję”.


Dzień ostatni: w nocy lało. Ale nie na tyle aby zmieniać trasę. Mój oponent w bojowym nastroju, ja odczuciami już nieco podmęczony, trochę mi się nie chce. Ale jednak czekam na te zjazdy które pamiętam z poprzedniego roku: najpierw niekończący się singiel trawersujący zbocza kilku okolicznych gór zakończony efektownym zjazdem do mety po stromo nachylonej najeżonej kamieniami i korzeniami ściance. Na pierwszym podjeździe który zacząłem spokojnie od rozmowy i rozgrzewki przekonałem się o bojowym nastawieniu Adama. Za szybko wszedłem w zakręt, poślizg który uniemożliwił redukcję lekka zamuła a kolega ucieka na ściance. Szybka redukcja ale przeciwnik spuchł już po 50m ataku więc spokojnie skontrowałem i jechałem z nim kolejnych kilka kilometrów, by na kolejnym dłuższym podjeździe pojechać już swoje. Spodziewałem się ataku. A dojechałem na szczyt już sam, z Markiem z którym nie widziałem się kilka lat i jak się potem okazało właściwie całość przejechaliśmy razem rozmawiając na różne tematy. Trasa minęła szybko pomimo błota, przy wspaniałych widokach, efektownych zjazdach i techniczno-siłowych podjazdach, singlach – generalnie to co misie lubią najbardziej. Potem gratulacje rozmowy na mecie podium itd. W końcowych przemowach organizatorów padły oczywiście obietnice przyszłych modyfikacji tras z myślą o jej uatrakcyjnieniu. Mają być zbudowane nowe single miasteczko rowerowe z bike parkiem, pump trackami… Zaraz zaraz… Czy ja nie wspominałem…


Gwiazda Południa Cezarego Zamany to esencja tego, co można uzyskać w naturalnych warunkach polskich lasów. Trasy bogate są w naturalne przeszkody, naturalne single, szlaki wydeptane a nie zbudowane, krótkie odcinki dojazdowe asfaltem czasem podjazd szutrem, słowem wszystko to czego oczekuje kolarz MTB. W mojej ocenie wystarczą drobne zmiany aby utrzymać świeżość i naturalność projektu. Sztuczne trasy, grawel mamy w innych cyklach, a ta etapówka właściwie jest, na chwilę obecną, jedyną która czerpie wprost z natury. Jedyną, która zbudowana jest w oparciu o pierwotne zamysły konstruktorów roweru MTB. Nie wiem czy bym chciał ewolucji w kierunku dzisiejszego XC rozgrywanego na sztucznych ścieżkach, wałach czy rock-gardenach. Czy naprawdę wszystko musimy regulować? Gdzieś gubimy to, co chcieliśmy osiągnąć kupując swój pierwszy rower MTB.


Do zobaczenia na kolejnej edycji tej wspaniałej Polskiej etapówki.

Dodano: 2018-07-18

Autor: Tekst: Przemysław Maciejowski

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Sprzęt 2019

Przedwyścigowe dylematy sprzętowe

Singletrails Lechnica

Malta – Krawędzią klifu