Czytelnicy forów internetowych powiązanych z maratonami, zapewne zwrócili uwagę, że w kontekście każdej, kolejnej, zbliżającej się imprezy pojawia się nieśmiertelne pytanie "jakie opony założyć?". Takie też pytanie padło na forum Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej i nie wiadomo jak potoczyłaby się dyskusja, gdyby nie padła odpowiedź, która wyczerpała temat: "Jak jesteś dobry to wygrasz na każdych oponach, a jak słaby to i najlepsze opony Ci nie pomogą". Nic dodać, nic ująć! Ale ja i tak miałem "oponowy" dylemat. Bo, po pierwsze, niezupełnie znałem tereny po których miałem się ścigać. A po drugie, pogoda zmieniała się dynamicznie i można było spodziewać się opadu atmosferycznego ;-) Na szczęście górę wziął rozum i założyłem koła z bezdętkowymi Rubenami Charibdis.
W ten sposób znalazłem się w Pińczowie, stojąc na starcie piątego etapu w całym cyklu. Było słonecznie i ciepło, jedynie pewne obawy budziły znajdujące się tu i ówdzie olbrzymie kałuże - stanowiły nieśmiałą zapowiedź tego co nas czeka. Ponieważ odstałem swoje w kolejkach za czasów komuny, na start przyszedłem dość późno. W sam raz, by ustawić się gdzieś pod koniec stawki. W sumie to byłem daleki nie tylko od czoła ale i od optymizmu. Jak tu patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak poprzedniego dnia na treningu zerwałem dopiero co założony łańcuch XTRa? A nad ranem w dodatku złapał mnie bolesny skurcz. A jakby tego było za mało, spiker przed startem podał, że "mój" dystans - Master ma liczyć 76 km. Ponieważ z innych informacji wiedziałem że ok. 70. to jednak po cichu liczyłem na przejęzyczenie. Inna sprawa, że taką informację lepiej mieć choćby na starcie, niż przekonać się samemu podczas mocno wydłużonego finiszu. W każdym razie, na sygnał startu ruszyłem wraz z innymi. Moment zdziwienia przeżyłem zaraz po wjeździe na długą, wznoszącą się szosę. No tak, czołówka była prawie na horyzoncie. Skąd tak szybko? Postanowiłem jechać swoje, bez szaleństw i zrywów, równym mocnym (tzn. moim mocnym) tempem. Po wjeździe w teren, w miarę kolejnych kilometrów mój nastrój poszedł o parę punktów w górę - jednak dobór opon był jak najbardziej słuszny. Ech, procentują te lata doświadczeń ;-) Oczywiście były i momenty zaskoczenia - wprawdzie spodziewałem się błota, ale nie aż takiego! Co zastanawiające, z całej trasy najbardziej zapamiętałem dłuższe odcinki asfaltu. Może i nie przystające do MTB, ale przynajmniej umożliwiające spokojnie konsumowanie i delektowanie się batonami lub żelami energetycznymi. W dalszej kolejności błotniste kręte ścieżki. To tutaj dzięki oponom udało mi się pojechać agresywniej, zostawiając z tyłu kilku tańczących przeciwników. Natomiast, według mnie, najtrudniejsze były ścieżki poprowadzone po grząskim podłożu wśród wysokich traw. Szczególnie jedna z nich pozostanie w pamięci. Wiła się na brzegu lasu, w terenie gdzie panowała chyba najwyższa temperatura podczas całego wyścigu. Do tego wilgoć i podłoże na którym trudno było rozkręcić rower do prędkości ucieczki przed atakującymi hordami krwiożerczych owadów. Po pokonaniu tej "sekcji specjalnej" chłosta pokrzywami tudzież jakąś inną kolczasta a dożartą roślinnością wydawała się miłym przerywnikiem. Przynajmniej do momentu w którym próbując sforsować wysoką koleinę wywróciłem się prosto w rzeczone rośliny. Do pokłutych, poparzonych i podrapanych rąk i nóg doszły jeszcze plecy i tyłek. Ale co tu kryć, cały czas czułem radość jazdy. Nawet nie wiem czy powinienem się przyznawać do zażywania takich przyjemności ;-) Oczywiście w tej beczce miodu pojawiła się również łyżka dziegciu - kurcze. Niestety pojawiły się i w miarę upływu kilometrów dawały znać o sobie coraz nachalniej. Do tego stopnia, że podjąłem postanowienie: nigdy więcej kawy! No przynajmniej do maratonu w Zagnańsku. Tymczasem starałem się pokonywać dystans, którego sporą część przejechałem samotnie. Miało to swoje plusy, przynajmniej nie musiałem walczyć bezpośrednio, czyli nie generowałem skurczogennych sytuacji. No i w końcu meta i działania standardowe: mycie roweru, siebie, uzupełnianie płynów i straconych kalorii. No i najprzyjemniejsze, niestandardowe. Bonusowe, rzekłbym, czyli dekoracja J Tak się ułożył wyścig, pewnie przy moim wydatnym udziale, że zająłem 3 miejsce w kategorii i 17 open.
Jeszcze na zakończenie dodam, że mija trzecia doba od maratonu a ja nie wypiłem ani kropli kawy. I nie wiem, czy nie było to zbyt pochopne postanowienie.

Dodano: 2011-07-13

Autor: Źródło: tekst - bikeBoard - Robert Baś, zdjęcia- Team MTB CROSS

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje