Wracając do domu po niedzielnym maratonie w Krakowie zastanawiałem się co można napisać, poza suchymi faktami, na temat imprezy najmocniej zakorzenionej w całym cyklu i chyba najbardziej rozpoznawalnej w kraju? Opisywanie niektórych rzeczy mija się powoli z celem, a powielanie opisu trasy byłoby niczym n-te parzenie herbaty z tej samej torebki. Z uwagi na chwilowy brak „weny” i z dziennikarskiego obowiązku napiszę zatem, że z wyjątkiem kosmetycznych poprawek przebieg trasy przetrwał od pierwszej edycji w 2003 roku i jest wyjątkowo udany, wymagający i co najważniejsze nadal atrakcyjny. Każdego roku krakowska trasa nie skąpiła tumanów kurzu zalegających na polach w wyniku długotrwałej, poprzedzającej wyścig upalnej pogody oraz chwil wytchnienia od piekącego skwaru w zacienionych ostępach leśnych. O oponach innych niż ubogie w bieżnik semislicki raczej nikt nie myślał aż do tego roku… Solidne, bezprecedensowe dla tej imprezy, opady od piątkowej nocy i niemal całą sobotę wprowadziły spore obawy co do warunków na zacienionych, gliniastych odcinkach i duże dylematy w doborze opon. Na szczęście jak się później okazało, nawet moje zużyte do granic przyzwoitości SAGUARO poza ruchem postępowo-wstecznym na wilgotnych, wapiennych podjazdach nie miały problemu na błotnych fragmentach. Tych, pomimo obaw, nie było więcej niż zazwyczaj i w zasadzie poza obecnymi zawsze „kąpieliskami” w rejonach Wąwozu Półrzeczki, Doliny Rudna, wzniesienia Czerwieniec i kilku płaskich odcinków. Zamiast ilości była ich jakość w postaci głębokiego i momentami dość gęstego „zaczynu”, przez co już po 1/4 trasy nie tylko 2420m (łączne) przewyższenia zdawało się przeczyć „płaskiemu” charakterowi trasy, ale i echo dobiegające z napędu zdecydowanie lepiej komponowałoby się z krajobrazami Borówkowej Góry czy Ostrego Wierchu niż z leśnymi szuwarami w cieniu Klasztoru Kamedułów i ruin Rudna. Niektórym zjazdom bliżej było do lodowej ślizgawki, której na szczęście nie pozbawiono zbawiennych band. Dla wyrównania bilansu Wąwóz Kochanowski zaskoczył dziwną łaskawością, a zasłony dymne polnych duktów i zazwyczaj suche na pieprz doskonałe ścieżki Lasku Wolskiego, oszczędziły długiego czyszczenia oczu z pyłu. Pomimo, że ostatnie 30-kilka kilometrów trasy MEGA i GIGA pokrywa się, a możliwości minięcia na wąskich duktach są różne to duże uznanie należy się w tym miejscu wyrozumiałym zawodnikom półmaratonu – jesteście na serio MEGA :)
Z punktu widzenia wielu startujących tutejsza trasa należy do najbardziej wymagających w ogóle. Za sprawą długości zbliżonej do płaskiej Murowanej Gośliny, przewyższeniu niewiele ustępującemu trasom górskim oraz wyjątkowo arytmicznemu, momentami wymagającymi techniki terenowi wyścig ten zmusza to jazdy na maksimum możliwości od startu do mety bez dłuższych chwil wytchnienia.
W pewnym momencie z iskierką zapłonową dla zmęczonych wysiłkiem szarych komórek przyszło…radio i płynące z niego dźwięki piosenki Myslovitz i Marka Grechuty. „Kraków jeszcze nigdy, tak jak dziś, nie miał w sobie takiej siły i …” FREKWENCJI. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale to chyba pierwszy przypadek, kiedy lista startowa zawierała ponad 1500 nazwisk z czego aż 1462 sklasyfikowano (bądź ujęto w DNF, które obejmuje tylko zgłoszone wycofania). Wśród nich także naczelny bB z kolegą rozruszali na trasie Mega zastane zawiasy redakcyjnego tandemu – skołatanego weterana TransCarpatii 2006. Dystanse GIGA i MINI zapełniłyby sektory innego, typowego maratonu, a wspólny start dwóch krótszych przyprawił niejednego postronnego o opad szczęki. Lepszego memoriału zmarły niespodziewanie wiosną Grzegorz Wamberski, twórca i wieloletni współorganizator imprezy, nie mógłby sobie wymarzyć. Horacjańskie NON OMNIS MORIA (nie wszystek umrę) jest w tym przypadku chyba najtrafniejszym komentarzem patrząc na to, co działo się w niedzielę na trasie, a ponadto ilu ludzi doskonale bawiło się na błoniach. A bawili się między innymi podczas wieloosobowej sesji treningowo-relaksacyjnej na rowerach spinningowych pod „batutą” doświadczonego instruktora. Prowadzona w ramach maratonu krakowskiego rywalizacja energetyków oraz policjantów, a także przysługujące im dekoracje znacznie wydłużają i tak już długą ceremonię i w niesmak były czekającym na tombolę. Obyczaje na szczęście złagodziło w międzyczasie dodatkowe losowanie supernagrody – NetBook’a HP mini.
Garstka obecnych na tomboli (w porównaniu to pielgrzymkowej masy ludzi kilka godzin wcześniej) wróżyła po pierwszych pudłach zabawę do białego rana i obawy o kondycję sierotki, ale wszystko zakończyło się happy endem zanim promienie słońca powoli skryły się za kopułą Kopca Kościuszki. VII Krakowski Maraton Rowerowy - Pierwszoklasista nie tylko z racji wieku udał się na spoczynek przed kolejną, oby jeszcze lepszą odsłoną ad 2010.

Wyniki i więcej zdjęć znajdziecie na: www.mtbmarathon.pl

Dodano: 2009-07-17

Autor: Tekst: Jarek Hałas, zdjęcia: sportograf.com

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje