Miniony długi weekend spędziłem tradycyjnie na rowerze. Może nie tak ekstremalnie jak przed rokiem, czyli na etapówce MTB Trophy, ale umiarkowanie czynnie z małym wyścigiem w niedzielę, w sam raz na zakończenie. W związku z tym postanowiłem się oszczędzać. Muszę wspomnieć, że praktycznie do ostatniego dnia miałem szansę wyjazdu na wspomniane MTB Trophy czy na Alpen Tour. Jednak skutecznie oparłem się namowom i okazjom typu „last minut” i zdecydowany byłem zrealizować własne plany treningowo-startowe. Inna sprawa, że teraz, pisząc te słowa, zastanawiam się, czy nie należało jednak pojechać...
Umiarkowane upajanie się rowerem rozpocząłem od wymiany łańcucha w szosówce. Wprawdzie nie naciągnął się jeszcze poza dopuszczalna granicę, co potwierdzały pomiary suwmiarką i sprawdzianem, ale uznałem, że czas najwyższy na zmianę. Teoria mówi, do jakiej wartości wydłużenia można bezpiecznie wymienić łańcuch. No cóż, mój chyba nie był zbyt mocny z teorii, bo już na pierwszym podjeździe zaczął lekko przeskakiwać – oczywiście tylko na tych najchętniej używanych przełożeniach. Uznałem, że jak trochę pojeżdżę, to na pewno coś się zmieni. I faktycznie, zmieniło się ale na gorsze... No cóż, zapewne czeka mnie tak z 200 – 300 km docierania łańcucha. Albo i więcej :-/ Póki co to cieszyłem się wolnością, upajałem szybkością J, ogólnie cieszyłem się życiem. Do czasu kiedy złapałem gumę. Tzn. wtedy też się cieszyłem życiem, ale jakby trochę mniej. Głównym zmartwieniem był przeskakujący łańcuch, co pod znakiem zapytania stawiało udział w planowanym za dwa tygodnie wyścigu szosowym.
Piątek miał być dniem przeznaczonym na „prace inne”, tzn. nierowerowe. Ale żeby nie było to dzień stracony pod wieczór wsiadłem na dopiero co złożonego mieszczucha aby z bliska zobaczyć efekty drugiej fali powodziowej w Krakowie. Ten miejski rower to swoista ekstrawagancja. Złożyłem go na stalowej ramie Romet Sport. Z nowych części to były współczesne szosowe obręcze i szprychy, płaska kierownica, klamki i sztyca, pedały zatrzaskowe oraz błotniki. Pozostałe elementy były w 100% oryginalne, pochodziły z lat 80. ubiegłego wieku, jedynie tylna 3.biegowa piasta była z lat 90. I jak poprzedniego dnia: póki co to cieszyłem się wolnością, upajałem szybkością J, ogólnie cieszyłem się życiem. Do tego jeszcze oddawałem się inne pasji – fotografowaniu. Do czasu... Kiedy okoliczności, tzn. zalana ścieżka rowerowa nie zmusiła mnie na wyjechanie na małą, nasiąkniętą wodą skarpę. Wąskie opony (700x30) zagłębiały się w podmokły grunt, zmuszając mnie do mocnego naciskania na pedały. Ale tylko przez kilka obrotów. Usłyszałem głośny trzask i poczułem brak oporu pod lewa stopą. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom... Pękła korba!!! Oryginalna, aluminiowa sprzed ćwierćwiecza. A mówią „gniotsa nie łamiotsa”. Ta akurat pękła. Ale przecież nieszczęścia chodzą parami. Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, ale w tych chaszczach zgubiłem prawy pedał!!! Był to wysłużony Exustar, po naprawie nieoryginalnymi częściami, który mógł się odkręcić. Spodziewałem się tego i w plecaczku miałem zapasowy komplet. Ale w tej sytuacji zakładanie nowych mijało się z celem. Usiłowałem oczywiście znaleźć szczątki doczesne starego, ale bez rezultatu. Niech spoczywa w pokoju wiecznym ;-)

Dodano: 2010-05-09

Autor: Tekst: Robert Baś

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje