Znowu szamani pogodowi narobili zamieszania. Najpierw miało być deszczowo, potem jednak ładnie, w końcu padało co drugi dzień a w niedzielny poranek było szarawo i pochmurno. Jednak jak dojechałem na Błonia słońce zdążyło się już przez te chmury przebić. No i zaczęło się… "wielkie parowanie" - cała woda, która zdążyła przez ostatni tydzień nawodnić największą krakowską łąkę, postanowiła pod wpływem promieni słonecznych do atmosfery powrócić. We wszystkich maratonach w Krakowie zawsze największym wrogiem zawodników jest właśnie miejsce startu i mety. Z jednej strony jest idealne - całe "miasteczko maratonowe" zajmuje przecież zaledwie ułamek dostępnej przestrzeni. Z drugiej zaś, po pierwsze "trzepaczka", jakiej się doświadcza podczas przejazdu po niewiarygodnie nierównej powierzchni Błoń nie da się porównać z niczym. Po drugie jakoś zawsze jest tak, że przed maratonem w Krakowie (nie tylko na Brackiej) pada deszcz, bardziej lub mniej, a w samym dniu startu pogoda jest piękna i słoneczna, a przynajmniej tak było przez ostatnich kilka lat. Efektem czego zawsze, ale to zawsze jest duszno i parno.

Skoro start i metę mamy z głowy, to teraz coś o środku. Chociaż jeszcze jedno zdanie o starcie. Otóż w tym sezonie na maratonach "Grabka" jest stosowany bardzo ciekawy "patent startowy", otóż poszczególne sektory startują co minutę. Ja, dzięki fenomenalnemu wynikowi w Tarnowie (ha ha ha… ) startowałem z sektora piątego i muszę stwierdzić, że system działa świetnie; nie licząc małego korka na pierwszym singlu w Lasku Wolskim, całość trasy przejechałem martwiąc się wyłącznie o własne siły i umiejętności, a nie to, czy między najbliższym drzewem, a zawodnikiem przede mną jadącym zmieszczę się, plus ewentualnie jeszcze ktoś kto akurat atakuje z drugiej strony. Płynność przejazdu przez trasę była naprawdę świetna. Trasa w porównaniu z rokiem ubiegłym była zmieniona i chyba maksymalnie uproszczona, bo podjazdów było chyba 4 z czego faktycznie dwa w zasadzie „niewyjeżdżalne” i na nich, bez żenady się przyznam, że zarzuciłem rower na plecy i śmigałem na bardziej poziomy odcinek trasy.

Ostatni zjazd - rewelacja - banan od ucha do ucha. Potem już w zasadzie sprint do mety by był, ale trawiaste wały Rudawy, to niestety nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Z kolei odcinek szutrowy tychże wałów "przelatuje" się już "ogniem ciągłym" by na końcówce dotrzeć do kochanych naszych Błoń Krakowskich parujących i wykańczających. Ale tak już musi być, bo lepszego miejsca na maraton w Krakowie nie ma, więc obiecuję, że nie będę już na nie narzekał. No a przynajmniej postaram się. Wytrzymam pewnie do 29.08…

Dodano: 2010-08-31

Autor: Tekst: Adrian Suszczyński, zdjęcia: Agata Suszczyńska, www.bikemaraton.pl

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • ekwipunek dla młodego kolarza
  • Epicka Czwórka - cztery dni wyścigów MTB
  • skuteczności diet niskowęglowodanowych