Dotychczas kolarstwo szosowe znałem z relacji kilku czynnie ścigających się kolegów, poprzez treningi w 90% na czarnej nawierzchni, no i oczywiście spocone ręce podczas oglądania Tour de France. Po kilku startach w maratonie "Pętla Beskidzka" coraz bardziej ciągnęło mnie w stronę ścigania na cienkich oponach. Pomyślałem, dlaczego by po kilku latach na MTB nie spróbować czegoś dla odmiany? Jeszcze bardziej nakręciłem się po tym, jak na własne oczy zobaczyłem jak pro-si podczas naszego narodowego tour’u łamali prawa fizyki i "wypłaszczali" bądź, co bądź dość stromy podjazd przy Zameczku Prezydenckim. Jeden z kumpli rzucił nawet, ciężko mi teraz ocenić czy wyłącznie żartobliwie, że "oni szybciej wjeżdżają niż niejeden zjeżdża". Kilkukrotnie zresztą. O tym, co zobaczyliśmy na stoperze, gdy Daniel Martin pędził po zwycięstwo na Równicy lepiej nie wspominać. Mając w nogach kilka dni ścigania, parokrotne pokonanie Zameczku i - nie ośmieliliśmy się głośno prorokować, co miał jeszcze - wręcz ośmieszył dotychczasowy rekord tego podjazdu. A to przecież był "drugi garnitur" światowego peletonu.
Klamka zapadła - po takich zajawkach lawiny nic już nie było w stanie powstrzymać. Z ogromną i nieukrywaną radością przyjąłem zaproszenie Wieśka Legierskiego i Grzegorza Golonko do startu w pierwszej beskidzkiej etapówce szosowej, która zrodziła się z Pętli Beskidzkiej i jest jej etapowym odpowiednikiem. Znając dobrze autora tras i przynajmniej tak samo dobrze teren działań wiedziałem, że bez wątpienia przynajmniej raz o ile nie dwa poproszę w duszy o nieco płaskiego podczas któregoś z trzech dni LOOK Beskidy Road Trophy. Nie mniejszym kopem do startu był także zapowiadany długo i ostatecznie potwierdzony gościnny udział kwiatu polskiego peletonu. Okazja by stanąć na linii startu w towarzystwie najlepszego Polaka ostatniego tour’u narodowego - Sylwestra Szmyda, dostarczającego każdego roku największych emocji na górskich etapach Marka Rutkiewicza, Mistrza Polski Jacka Morajko i I v-ce Mistrza Polski Mariusza Witeckiego, ale także pechowo 4-tego w Kielcach Dariusza Batka była niepowtarzalna. Jazda z nimi była niezwykłym doświadczeniem dla uczestników jakby nie patrzeć imprezy dla amatorów szosowego ścigania.
O tym, że często spontaniczny nacisk na pedały któregoś z wyżej wymienionych mógł być dźwignią spuszczającą kubeł zimnej wody - "gdzie ja jestem?" - to już nie wspomnę. Nie ukrywajmy jednak, że obecność zawodników lepszych o przynajmniej jedną klasę w stosunku do najlepszych z amatorów nie dodawała sił, a momentami wręcz przeciwnie. Ale o tym za chwilę. Lekkość, z jaką pokonywane przez nas w zapieku ścianki, pokonuje najlepszy i najbardziej ceniony w światowym peletonie gregario ostatnich lat - Sylwester Szmyd, bez wątpienia robiła wrażenie. Dawało to wiele do myślenia, ile pracy Sylwester i zawodnicy na jego poziomie musieli włożyć, aby utworzyć przepaść przynajmniej dwóch klas nas dzielących.
Pisać o pogodzie raczej nie będziemy, bo jak wiadomo pogoda to ostatni temat i to raczej grzecznościowy w towarzystwie, z którym średnią przyjemność mamy wspólnie spędzać czas. Niemniej czwartkowego wieczora w Istebnej na niebie dominowały gwiazdy, a temperatura z każdym kolejnym dniem stawała się coraz wyższa. Podobnie jak wymagania na następujących po sobie etapach. Piątkowego poranka dało się odczuć wśród naszej czwórki swoiste, niespotykane już poruszenie. Cotygodniowe starty MTB zabiły nieco emocje i w zasadzie każdy wyścig na grubych oponach poprzedza od jakiegoś już czasu raczej działanie w takt nabytej rutyny niż gęsia skórka zwiastująca nowe doświadczenia.

Dodano: 2010-08-17

Autor: Tekst: Jarek Hałas, zdjęcia: www.roadtrophy.pl

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje