Ten maraton pamiętam z zeszłego roku jako najbardziej wyczerpujący z całego cyku Mazovia MTB Marathon. Lokalizacja na przedgórzu Gór Świętokrzyskich gwarantuje konkretną liczbę podjazdów i sumę przewyższeń wprawiającą w zaniepokojenie każdego rozpieszczonego płaskimi trasami uczestnika cyklu. Zanim mój kalendarz startów i plan treningowy wziął w łeb na skutek różnych przetasowań, wyścig ten miałem opisany z najwyższym priorytetem, wymagający solidnego przygotowania. Okazało się jednak, że samo wytrenowanie nie pomoże jeżeli trzeba będzie się zmierzyć z każdym rodzajem błota jaki może zafundować natura. Tu potrzebna była determinacja i silna motywacja. Błotnego dramatu nic nie zapowiadało - wiadomo było, że na trasie jest dość mokro i grząsko, a organizator informował tylko o w pełni przejezdnych "sekcjach kałuż z twardym podłożem". Jeszcze rano w Warszawie świeciło piękne słońce, ale po przyjeździe na miejsce niebo robiło się coraz ciemniejsze, aż wreszcie po 10 się rozpadało. Prawdziwa pompa przyszła równo ze startem zlokalizowanym na miejscowym rynku - ruszyliśmy z końca II sektora w strugach deszczu. Pierwsze 3-4 kilometry prowadziły asfaltowymi drogami, co w zamierzeniu miało zwiększyć dystanse pomiędzy sektorami aby nie powstawały zatory na trudnych odcinkach. Bardzo szybko się okazało, że nic to nie pomogło bo tuż po wjeździe do lasu stanęliśmy w korku, a każdy walczył o utrzymanie równowagi i jakiejkolwiek możliwości poruszania się do przodu na rowerze, a nie obok niego. Wody i błota było mnóstwo, a pozalewane koleiny okazały się zdradzieckimi pułapkami, które czekały na śmiałków chcących przeciąć je środkiem. Przy jednej z takich prób rower stanął w wodzie ponad ośki, a ja wykonałem OTB w zwolnionym tempie. Od tego momentu każdy zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Po opisanej przeprawie maraton wyjechał na bardziej cywilizowane tereny i można było odpocząć na szutrowych odcinkach. Mimo ekstremalnych warunków, napęd w moim rowerze spisywał się znakomicie, musiałem tylko pamiętać żeby w miarę często zmieniać biegi aby błoto w pancerzach nie zastygło na dobre. W pełni uszczelniony system planuję kupić w przerwie zimowej. Suport także dawał radę, mimo że łożyska są już do wymiany - dobrze, że z tym jeszcze zwlekałem! Mijałem jednak kilku pechowców z przerzutkami w dłoni i zwisającym łańcuchem. Zwracałem szczególną uwagę, aby nie wachlować zmieniarką pod obciążeniem. Po przejeździe przez lokalne wioski i wspinaczce na Altanę (najwyższe wzniesienie woj. mazowieckiego, ale przyznam, że zupełnie nie zauważyłem kiedy się tam znalazłem), trasa poprowadziła ponownie przez rozjeżdżone leśne ścieżki, które często przypominały już strumyki. Tu już naprawdę był hardcore - kałuże po kolana, brodzenie w bliżej niezidentyfikowanej mazi o niefajnym zapachu, przejechane 20-30m i znowu z buta. I tak kilkanaście razy. W ubiegłorocznych zawodach w Lublinie czy Radomiu, które także były ciężkie przynajmniej ciągle jechało się do przodu w siodle. Jak się okazało - może być jeszcze gorzej. Myślę, że humory jednak nas nie opuszczały, zabawa była całkiem przednia. Ostatnie kilometry trasy to długi asfaltowy odcinek, gdzie można było trochę odetchnąć, potem jeszcze zjazd do lasu i kolejne błota (ale mniej uciążliwe) i już sucha końcówka. Cały wyścig jechałem bez licznika (zamókł przed startem), więc zupełnie straciłem poczucie dystansu. Trasę pamiętałem jednak z ubiegłego roku i kojarzyłem charakterystyczne momenty. Gdy pojawiła się tabliczka informująca o pozostałych 5km do mety przycisnąłem jeszcze ile tylko miałem sił i po kilku minutach wjechałem na metę. Sprawdziłem u innych długość trasy - 68km! To już solidna dawka. Tym razem trasa była dłuższa o ponad 4 km względem zapowiedzi. Kilka minut za mną przyjechał Dawid, z którym przejechałem (lub przeszedłem) większość trasy. Trochę trudno było doprowadzić się do porządku po takim błotnym okładzie. W miasteczku zawodów nie było pryszniców, a w zalewie przy, którym była zlokalizowana meta teoretycznie był zakaz kąpieli ze względu na możliwość skażenia wody jakimiś tam bakteriami. Większości osób to nie przeszkadzało, także strażakom, którzy tą wodą myli wszystkim rowery. Zobaczymy za kilka tygodni lub miesięcy czy komuś coś wyrośnie :) Po maratonie na forum rozgorzała wielka dyskusja na temat samej trasy, czy nie dało się jej zmodyfikować, określić dokładnie dystansu itp. Mnie osobiście dziwi jedna rzecz: maratony na płaskich terenach (Rawa, Szczytno, Legionowo) bywają krótsze o nawet 20km i to nie ze względu na pogodę. Tu wiedząc jakie warunki panują na trasie zaserwowano rekordowe dystanse (GIGA – 100km). Sądzę, że proporcja powinna być odwrotna, albo przynajmniej zrównoważona tak, aby dystans MEGA oznaczał co najmniej 2,5-3h godziny a GIGA minimum 4h na rowerze.

Na koniec warto jeszcze odnotować start zawodniczki CCC Polkowice - Aleksandry Dawidowicz, która wygrała na dystansie MEGA z czasem o 50 minut lepszym od naszego :)

WYNIKI:

Tomasz Papir-Zwierz - SIKORSKI bikeBoard TEAM 04:14:32, 115 OPEN/42 M2
Dawid Drabik - SIKORSKI bikeBoard TEAM 04:17:41, 125 OPEN/40 M3

Dodano: 2011-07-11

Autor: Źródło: bikeBoard - Tomasz Papir-Zwierz, zdjęcia: Sylwia Rybak

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje