Wyjazd na Mazury zaplanowaliśmy jakiś czas temu i wykorzystując długi weekend przyjechaliśmy w okolice Szczytna już we czwartek. Zatrzymaliśmy się w niewielkiej miejscowości Sasek Mały, skąd mogliśmy wyruszać na okoliczne trasy rowerowe (bardzo dobrze oznakowane) nierzadko zbaczając ze szlaków. Do niedzieli czas upłynął nam na rowerowaniu przeplatanym konsumpcją złotego trunku i różnorodnych potraw z grilla. Z naszej kwatery na miejsce startu było około 16km i w niedzielę rano wyruszyliśmy rowerami w pełni przygotowani w kierunku Szczytna traktując to jako solidną rozgrzewkę. Pogoda od rana zapowiadała się praktycznie idealnie, choć mocne podmuchy wiatru okazały się być później sporym utrudnieniem podczas wyścigu, zwłaszcza na otwartych przestrzeniach. Na miejscu byliśmy około 10:40 i od razu ustawiliśmy się w sektorach w oczekiwaniu na start. Dawid w II, a ja w III. Dystans MEGA oficjalnie wynosił 61km, ale na mecie rzeczywistość okazała się inna - o tym później. Dziś podobne jak w Rawie startowałem na semi-slickach i okazał się to dobry wybór, choć od czwartku kilkakrotnie padał deszcz i obawiałem się, że gumy będą za bardzo kleić się do podłoża skutecznie mnie spowalniając. Nic takiego jednak nie miało miejsca, trasa była nieomalże przez całą długość sucha. Warmia i Mazury nie są już tak płaskie jak Mazowsze i było kilka wymagających odcinków, gdzie należało mocno przycisnąć na pedały. Były także miejsca na rozwinięcie sporych prędkości, choć kamieniste i nierówne podłoże wymagało od zawodników pełnego skupienia. Na jednym z takich właśnie odcinków łańcuch wyleciał mi poza blat - próbowałem jeszcze kręcić korbą w nadziei na to, że sam wskoczy na swoje miejsce ale zęby na dużej tarczy nie są już pierwszej nowości i musiałem się zatrzymać, aby go założyć z powrotem. Dawida dogoniłem po około godzinie, tuż przed pierwszym bufetem. Chwilę rozmawialiśmy, ale o dalszej wspólnej jeździe nie było mowy, bo tego dnia kiepsko się czuł i jak się potem okazało zjechał z trasy z powrotem do Szczytna. Ja pognałem dalej z grupką około 10 kolarzy i w takim towarzystwie jechaliśmy do samego końca. Wyścig był bardzo szybki, kilometry mijały niezauważenie. Po drugim bufecie zostało już ich tylko 15, a ja miałem wrażenie, że to dopiero co najwyżej połowa dystansu. Może to znak, że trzeba by już niedługo rzucić wyzwanie GIGA? Łyknąłem ostatnia porcję żelu i wrzuciłem V bieg. Tempo na końcówce było iście sprinterskie. Prędkość na płaskich odcinkach dochodziła do 40km/h, co oznaczało nie więcej niż 30 minut do mety. Po zjeździe z głównej pętli maratonu zostało tylko kilka kilometrów i po krótkiej chwili widziałem już wjazd na stadion. Finisz był trochę nietypowo rozwiązany, bo sądziłem że jak zawsze w takich przypadkach boisko trzeba będzie objechać dookoła. Tu jednak po wjeździe na jego teren i przejechaniu wzdłuż bocznej linii następowała zawrotka i dopiero objazd w przeciwnym kierunku do mety. Na stadion wjechałem sam, ale widziałem goniącą mnie grupkę zawodników. Wykrzesałem z siebie ostatnie siły i pomimo tego, że spadł mi łańcuch z blatu na średnią tarczę nie dałem się wyprzedzić - choć było chyba już blisko. Na mecie widziałem już dużo zawodników, ale ostateczny wynik okazał się bardzo dobry jak na moje możliwości. Trasa znowu okazała się krótsza niż zapowiadano - GPS na mecie pokazał 56,3km. Udałem się od razu do bufetu po jedzenie i czekałem na resztę naszej ekipy. Organizatorzy chyba czytali moją poprzednią relację i nie było już żadnej lokalnej gwiazdy disco, a z głośników leciała znośna muzyka, która nie była głośniejsza od myśli i umożliwiała rozmowę. Dawid przyjechał chwilę później i po chwili odpoczynku wróciliśmy rowerami do naszej kwatery.
Ogólnie wyścig na duży plus: jestem zadowolony ze swojego startu, Organizatorzy także dopięli wszystko na ostatni guzik. Po problemach z oznakowaniem trasy w Rawie Mazowieckiej (które jednak mnie nie dotyczyły) w Szczytnie nikt się na to nie skarżył. Legendarny już makaron przeszedł kolejne stadium ewolucji i dla zawodników, którzy przyjeżdżają pod koniec stawki serwowany był tylko z keczupem...

Wyniki:

Tomasz Papir-Zwierz - SIKORSKI bikeBoard TEAM - 02:12:07 122 OPEN/31 M2
Dawid Drabik - SIKORSKI bikeBoard TEAM - DNF

Dodano: 2011-06-28

Autor: Źródło: bikeBoard- Tomasz Papir-Zwierz, zdjęcia: Sylwia Rybak

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje