Na wstępie przyznam szczerze - niewiele pamiętam z przebiegu samego maratonu. Trasa była bardzo szybka i nie było czasu na podziwianie widoków i zastanawianie się jak potem szczegółowo opisać przebieg wyścigu w relacji dla bikeBoard'u :) Ale spróbuję oczywiście coś odtworzyć z pamięci. Na miejsce przyjechaliśmy chwilę po 10 i mimo sporego tłoku udało się zaparkować rzut beretem od startu. W miasteczku zawodów rozgrzewała się już lokalna kapela rodem z wiejskiego wesela, co zdecydowanie przyspieszyło przygotowania do startu – trzeba było szybko ewakuować się na rozgrzewkę, żeby nie słuchać Konika na Biegunach... Chwilę przed 11 staliśmy już gotowi w sektorach, ale ludzi było tak dużo, że niektóre osoby się nie mieściły. Trzeba na przyszłość się zmobilizować i przyjeżdżać wcześniej, aby już koło 10:40 ustawić się przynajmniej w połowie sektora. Zawsze to mniejszy tłok i kilka lub nawet kilkanaście sekund lepszy wynik (czas zawodnika zaczyna biec od momentu startu jego sektora). Po rozlegnięciu się głośnego staaaaart! czekamy. I czekamy... dopiero po chwili ruszają zawodnicy przede mną i ja. Pierwsze kilometry prowadzą ulicami Rawy Mazowieckiej aby potem przejechać przez miejski park. Przypomniało mi to trochę niedawne zawody w Jeleniej Górze, z których oglądałem relację i gonitwę czwórkami po ulicach miasta. Było dość wąsko, na liczniku spokojnie ponad 40km/h a tu trzeba uważać na krawężniki, wystające słupki (bardzo dobrze, że organizator znakuje wyraźnie tego typu przeszkody) i zaparkowane na ulicy samochody.

Na początku każdy ciśnie do przodu i w ferworze walki nietrudno o wypadek. I z tego, co słyszałem kilka osób zakończyło ściganie już na tym etapie. Po wyjechaniu z miasteczka stawka trochę się rozrzedziła ale praktycznie przez cały czas miałem kogoś w zasięgu wzroku. Bardzo szybko spotkałem się z Dawidem, który startował z sektora wyżej ale zatrzymał się aby udzielić komuś pomocy po małej kraksie. Podobnie jak w Legionowie, zaczęliśmy jechać razem narzucając sobie dość szybkie tempo, dla mnie chyba trochę za szybkie. Trzymałem koło z prawie wywieszonym językiem i po 4-5km stwierdziłem, że jadąc tak dalej skończy mi się zasilanie jeszcze przed metą. Trochę zwolniliśmy (to było akurat na fantastycznie wybijającej z rytmu tarce, więc akurat dobrze się złożyło) ale potem z każdą chwilą czułem, że jedzie mi się coraz lepiej i sukcesywnie dochodziliśmy kolejne grupki zawodników. Trasa, mimo że dość płaska i szybka, to dość zdradziecka i naprawdę chwila nieuwagi mogła oznaczać DNF. Było mnóstwo wystających, ostrych konarów i korzeni, a leśne odcinki były poprowadzone chyba rzadko uczęszczanymi trasami - solidne gałęzie zwisające z drzew biczowały wszystkich równo. Sam raz konkretnie przywaliłem kaskiem, innym razem w ostatniej chwili odchyliłem głowę aby nie skończyć z gałęzią w oku...

Okulary to podstawa! Tradycyjnie, jak to na Mazowszu, trasa nie szczędziła zawodnikom piachu, ale deszcze które przeszły nad okolicą w poprzednich dniach mocno ubiły trasę i nie było to zbyt uciążliwe. Mocno nabite semi-slicki, na których jechałem spisywały się wyśmienicie i był to bardzo dobry wybór na te warunki. Jedyne miejsce gdzie skapitulowały to ogromna kałuża błota na całą szerokość trasy, nawet nie próbowałem w nią wjeżdżać wiedząc, że na pewno się zakopię. W tym miejscu właśnie Dawid odjechał mi na kilkadziesiąt metrów i taka różnica między nami utrzymała się już do samej mety. Ostatnie kilometry trasy ponownie zaprowadziły nas do centrum Rawy, ale tu mieliśmy jeszcze do objechania okoliczny zalew, gdzie trzeba było stawić czoła silnym podmuchom wiatru. Potem jeszcze kilkaset metrów leśnymi ścieżkami i ostatnia prosta do mety. Na liczniku niecałe 48km. Znowu mniej niż podawano na stronie internetowej zawodów, a także mniej niż ogłaszano przed startem. To już standard w tym roku, co mi się bardzo nie podoba.

Szybko zwinęliśmy się do domu, aby nie katować uszu disco-polo płynącym ze sceny. Niedługo potem, już w drodze do Warszawy przyszły SMS-y z wynikami i jak się okazało były to nasze najlepsze do tej pory starty w Mazovii. Sporo osób wykręciło dobre czasy, ale było także dużo zamieszania z ostatecznymi wynikami, zwłaszcza na dystansie FIT. Początkowo zwycięzcy mieli takie czasy, że wychodziła im średnia blisko 40km/h. Potem okazało się, że duża liczba osób nieświadomie skróciła sobie trasę. Organizator weryfikował wyniki, ale na pewno nie udało się tego zrobić w 100% sprawiedliwie. Mimo to sądzę, że ktoś kto ewidentnie nie jechał zgodnie z trasą i widać to po międzyczasach i ostatecznym wyniku powinien dostawać DSQ bez mrugnięcia okiem. Tak się dzieje w innych cyklach, ale na Mazovii już parę razy słyszałem o tłumaczeniach organizatora wręczającego puchar zwycięzcy, że „co prawda pomylił trasę, ale nie chcący”. Maratony MTB to także umiejętność śledzenia trasy i jechania zgodnie z oznakowaniem, a po zawodach w Rawie pewien niesmak pozostał. Miejmy nadzieję, że organizator wyciągnie wnioski na przyszłość - to w sumie profesjonaliści w tym co robią więc należy być dobrej myśli. Na koniec warto odnotować fakt startu Pauli Goryckiej z CCC Polkowice i jej zwycięstwa w kategorii K1 na dystansie MEGA. Gratulacje! Słyszę jednak głosy innych zawodników (na szczęście chyba jednak mniejszości), że zawodowców nie powinno się klasyfikować na równi z amatorami. Bez komentarza. Niedługo ktoś postawi wniosek aby zrobić osobną klasyfikację dla fulli i hardtaili....

WYNIKI:

Tomasz Papir-Zwierz - SIKORSKI bikeBoard TEAM 01:54:38, 120 OPEN/35 M2
Dawid Drabik - SIKORSKI bikeBoard TEAM 01:55:19, 134 OPEN/50 M3

Dodano: 2011-06-13

Autor: Źródło: tekst: bikeBoard- Tomasz Papir-Zwierz, zdjęcia: Mazovia M

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje