Kellys Podhalański, dzięki swej specyfice i charakterowi na stałe zagościł w moim kalendarzu startowym. Wyścig ten, wzorowany na kultowym austriackim Salzkammergut Trophy dał mi już po raz trzeci możliwość ścigania się na prawie dwustukilometrowym dystansie, na zmierzenie się z urozmaiconą, miejscami niezwykle trudną technicznie trasą, pokonanie własnych słabości i dotarcie na metę po wielu godzinach w siodle. Długie dystanse, wymagające odpowiedniej wytrzymałości fizycznej i psychicznej są w moim rankingu na samej górze.
Start dwusetki w tym roku odbył się z korony zapory wodnej w Niedzicy. O 5 rano ruszyliśmy na trasę. Zaraz po wjeździe w teren wpakowaliśmy się w błoto i w kałuże - już wiedzieliśmy co nas czeka. Intensywne opady i burze z poprzedniego zrobiły swoje i zafundowały nam na wielu kilometrach miękkie i śliskie podłoże. Trasa przebiegała podobnie jak w zeszłym roku, pokazując całą różnorodność tych okolic. Od płaskich odcinków Kotliną Nowotarską aż po piekielnie trudne technicznie odcinki w Gorcach, w masywach Turbacza i Lubania, zahaczając po drodze o tereny w okolicach Raby Wyżniej, kojarzonymi przez wielu z legendarnymi Danielkami. Dzięki tej różnorodności wyścig był jak zawsze specyficzny, nie pozwalał nudzić się w siodle, nawet na tak długim dystansie. Nie brakowało stromych asfaltów z dużą prędkością wznoszenia, były też długie płaskie odcinki po wśród podhalańskich łąk i pól, z pięknymi widokami na Tatry z jednej, a Gorce z drugiej strony. Niespełna jedenaście godzin spędzonych na trasie pozwoliło mi na nasycenie się wszystkim tym, co jest esencją MTB. Pokonane prawie cztery kilometry przewyższenia zadowoliły mnie w zupełności, podczas wielu kilometrów świetnych zjazdów (zwłaszcza w Gorcach) mogłem delektować się jazdą z użyciem grawitacji.

Jechałem stale swoim tempem, starając się równo rozłożyć siły na cały dystans. Bez szarpania, stale do przodu. Mocniej na podjazdach, trochę odpoczywając na płaskim i zjazdach, cały czas kontrolując picie, jedzenie i oczywiście trasę. Kilka razy się co prawda pogubiłem, dokładając kilka kilometrów, ale i tak nie było najgorzej w porównaniu z poprzednimi edycjami. Dojechałem na szczęście bez żadnych problemów technicznych, które były zmorą moich poprzednich startów w tych zawodach - dwa lata temu urwany hak przerzutki (niestety nie miałem zapasowego), a w zeszłym roku trzy kapcie. Tegoroczny start dał mi wiele radości i satysfakcji, jestem zadowolony z pokonania trasy w równym i mocnym jak dla mnie tempie i już nie mogę doczekać się następnych, wielogodzinnych tras. Salzkammergut czeka ...

Dodano: 2011-06-22

Autor: Tekst: bikeBoard- Zbyszek Mossoczy, zdjęcia: Jacek Wejster

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje