W radosną niedzielę 15 listopada trzydziestu dziewięciu szajbusów i jedna szajbuska zebrali się na zlot endurowców, czyli nieformalne zawody Enduro Trophy.

Całość organizowana przez Horizon Five stanowiła odsłonę numer trzy serii z tym, że tym razem cała zabawa miała na celu przetestowanie trasy przed pierwszą przyszłoroczną edycją i po prostu spotkanie znajomych z poprzednich edycji. Po premierze w Świeradowie Zdroju w maju i kolejnych zawodach w Brennej w lipcu przyszła kolej na Beskid Mały położony w bezpośredniej bliskości Bielska-Białej.
Impreza rozpoczęła się o 9 rano na przełęczy Przegibek nad Straconką, skąd w lekkim deszczyku
ekipa ruszyła na start pierwszego odcinka zjazdowego. Odcinek podjazdowy został odwołany, jak
się miało okazać zaraz po zjeździe z asfaltu bardzo słusznie – błotno-śniegowa papka skutecznie
uniemożliwiała efektywne podjeżdżanie. Na grzbiecie warstwa śniegu miała miejscami kilkanaście
centymetrów, droga wypełniona była głębokimi po oś kałużami i koleinami z błotem.
Na starcie pierwszego odcinka prowadzącego w dół każdy zakłada co może i nagina w dół. Szlak
prowadzi ścieżką, która za chwile zaczyna "agrafkować" - nawroty w tych warunkach są o tyle
ciekawe, że ciężko przed nimi wyhamować, więc co drugi w moim wykonaniu jest przestrzelony.
Po zawijasach dalej singletrackiem z ekspozycją, później nieco szersza droga z małym strumykiem
w środku, odbicie szlaku ostro w prawo (znowu przestrzelone), lekko po płaskim, kawałek ścieżki z opcją zsunięcia się do strumienia, schody i meta. A na mecie, oprócz tradycyjnej wymiany wrażeń, pokaz jazdy na tzw. "dupolocie", czyli plastikowym jabłuszku, po liściach między drzewami w wykonaniu Strażaka.
Ciąg dalszy to ponowna wbitka na grzbiet i zjazd numer dwa. Tym razem szybszy, ale również
urozmaicony – genialny fragment w lesie z wybiciem na powalonym pniu, kolejne powalone
drzewa – już bez wybić, ślepa hopa, czyli zagadka z niewidomym lądowaniem; klasyka beskidzka,
czyli rów wysypany kamieniami, ponownie ścieżka i meta.
W międzyczasie pogoda się poprawia, już nie pada. Po odwiedzeniu sklepu i spożyciu zakazanych
suplementów i substancji wspomagających zaczynamy podjazd, który oczywiście przeradza się w
podpych na ostatni już odcinek zjazdowy. Na początek ścieżka w lesie w całości po śniegu, spod
którego wystają telewizory, a każdy chce dziabnąć w dętkę. Na bardziej płaskich fragmentach
trzeba naprawdę cisnąć, żeby przejechać śnieg, ale i tak nie zawsze się udaje. Po chwili śnieg znika i pojawia się już tylko na tych fragmentach trasy, które biegną łąką pod lasem – jednak momentem pędu i widowiskowym driftem pokonujemy i tę przeszkodę. Po chwili pojawia się szeroka droga, gdzie można wreszcie przekroczyć prędkość dźwięku i przy okazji dać nieco odpocząć ramionom.
Nie trwa to jednak długo, bo szlak ostro odbija - niestety lekko pod górę, w dodatku po śniegu... Tu już można spokojnie wypluć płuca. Na szczęście do mety niedaleko, a mieści się ona w kałuży
błotnej, w której przy odrobinie szczęścia można wykonać frontflipa.
Teraz pozostaje kulturalnie przebrać się w świeże ciuchy (jeśli ktoś posiada), przemyć facjatę i udać do karczmy na piwo, zasłużony obiad i kolejne piwo. Na więcej czasu nie starczyło – w końcu w poniedziałek powrót do rzeczywistości, a do przejechania w niektórych przypadkach cała Polska...

Przykład niniejszej imprezy pokazuje, że frajdę z jeżdżenia na rowerze po górach można mieć
nawet w połowie listopada, przy aurze właściwej dla tej pory roku. Pokazuje też, że można spotkać się z podobnymi sobie typami i świetnie się bawić bez cienia niezdrowej rywalizacji. Czego Wam i sobie życzę podczas edycji przyszłorocznych – a to już niedługo!

Szerzej o Enduro można poczytać tutaj

Dodano: 2009-11-17

Autor: Tekst: Paweł Szade, zdjęcia: Łukasz Polonius

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje