Jest bardzo wcześnie rano i mało co dociera do mnie we właściwy sposób. Po pierwsze, mam zdecydowanie za dużo bagażu. Po drugie, ekscytacja perspektywą takiej podróży też robi swoje. Pokazujemy bilety, pokazujemy paszporty, przechodzi­my przez bramki. Biip, biip, biip - „Czy ma pan jakieś metalowe przed­mioty?” No tak, mój scyzoryk w tylnej kieszeni. - „Proszę przełożyć go do torby.” Przez bramkę przechodzi mój kumpel i znowu odzywa się sygnał. Wojskowy z uśmiechem pyta go - „Pan też z nożem?”

Gdzieś nad Atlan­ty­kiem
- „Jak będzie przechodziła, poproś o jeszcze jedną kolejkę.”
- „Two glasses of Campari, please.”

Gdzieś nad Kanadą
- „Jak będzie przechodziła, poproś o jeszcze jedną kolejkę.”
- „Two glasses of Campari, please.”

Las Vegas
Gorąco i pić się chce. Najgorsze jest jednak to, że mój biedny organizm w ogóle nie wie, która może być godzina. Odkąd dobę temu obudziłem się w Warszawie ciągle świeci słońce. Patrzę na zegar ścienny – jest 5.00 PM, ale na moim zegarku jest zupełnie inna. Na lotnisku spotkaliśmy mojego dobrego znajomego Charliego. Zapakował nas na samochód i zabrał do hotelu Harrahs. Zabraliśmy klucze z recepcji i poszliś­my spać.

Brian Head Utah
Po trzech godzinach jazdy przez pustynię, nareszcie krajobraz zmienił się. Pojawiły się drzewa, wśród skał przepływa­ją potoki. Jest błogo. Mech i brzozy też kojąco działają na wypalone słońcem oczy. O w mordę! Śnieg! Jestem z lekka zaskoczony tym widokiem. Po pierwsze, że tutaj, a po drugie, że w czerwcu. Wyładowujemy graty i odbieramy klucze od naszego docelowego pokoju. Po pokonaniu pięciu schodów mam taką zadyszkę, że mam poważne kłopoty, żeby trafić w przycisk windy. Ledwo żyję. łeb mi pęka, to już nawet nie jest kac. Jesteś­my na ponad trzech tysiącach metrów. Miałem zdecydowanie za mało czasu na aklimatyzację.
Ranek jest świetny, kolor światła, no i te wszystkie ośnieżone szczyty. Zaraz, zaraz, nie mam ze sobą snowboardu, przyjechałem tu żeby jeździć na rowerze.

Teoria
Po śniadaniu czeka nas około pięć godzin wykładów. Pierwszy nie jest taki zły i świeży mózg wszystko przyjmuje. Rzecz dotyczy ubiorów i kasków, niewiele rzeczy jest skomplikowanych i notatek też nie ma potrzeby robić. Ale to dopiero prelu­ium.
Przerwa na kawę poprzedza danie główne, czyli omówienie nowych rozwiązań zastosowanych w amortyzacji tylnego koła. Do produkcji wdrożą je dopiero za pół roku, a zwykli śmiertelnicy będą mieli okazję je kupić za, co najmniej, dziewięć miesięcy. To dosyć dziwna perspektywa. Do tej pory tylko inżynierowie i ludzie od promocji z firmy mieli okazję widzieć pojazdy. Te, które oglądamy, to jedne z pierwszych jeżdżących prototypów. Na razie rowery widzimy tylko na stojakach. Ale już czuję dziwne swędzenie w czworogłowym uda.
Potężny nabój informa­ji przedstawiany jest przez trzy osoby. Mówił non stop, zmieniając się co kilka zdań. Na ekranie dodatkowo serwowane są schematy i krótkie filmiki dotyczące produkcji i projektowania. Żeby przekaz wiedzy następował jeszcze szybciej, na kolanach mam konspekt prelekcji z opisem najważniejszych zagadnień.

„Any questions?”
Pięciominutowa przerwa pozwala na przepłukanie gardła. John jest tutaj tylko po to, żebyśmy dowiedzieli się wszystkiego co trzeba, bez względu na to czy tego chcemy, czy nie. Ostatecznie nie znaleźliśmy się tutaj dla naszej przyjemności. John stanowczo zagania nas do roboty. Ciast­ka wysypują mi się z rąk. Musimy jeszcze wysłuchać specjalistów od widelców. Prelekcja jest na szczęście bardzo sprawna i polega tylko na omówieniu kolekcji 1999. Reszty dowiemy się na rannym szkoleniu. Obejmować ono będzie również serwis.
Wszyscy wychodzą ledwo żywi. Niemcy opuścili salę kilkadziesiąt minut wcześniej. Jednak z tego jak się z nimi cackają wnoszę, że dostaną prywatne lekcje. Do cholery, ich nakład jest większy niż jakiegokolwiek polskiego miesięcznika.

Większość zebranych to kwiat dziennikarzy największych magazynów poświęconych rowerom i kolarstwu. Są Niemcy z „Mountain Bike”, są Norwegowie z „Offroad”, są Szwedzi z „Pa Sykkel”, Francuzi z „VTT” i „VTT+”, Hiszpanie, Duńczycy i Angole. Tytuły angiel­kie mnożą się w tempie geometrycznym i w zasadzie trudno je wymienić, ale do Brian Head przyjechały trzy ekipy. Jest nawet Vladimir z rosyjskiego „Wieło Tempo”. Reszta światowych tytułów rowero­wych będzie oglądała tą prezentacje jak my wyjedziemy.

Dodano: 1999-06-28

Autor: Tekst i zdjęcia: Miłosz Kędracki

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje