Wapienne skały Pienin, jaśniejące pośród rozległych, soczyście zielonych podhalańskich polan i hal, dostojne i tajemnicze szczyty Gorców, a wszystko to przecięte sunącym dumnie Dunajcem. To magiczna kraina łącząca w sobie piękno różnorodnych gór z niewątpliwym urokiem równiny Kotliny Orawsko-Nowotarskiej, z dodatkowym atutem, jakim jest zachwycający widok na panoramę Tatr. To właśnie w tych niesamowitych okolicznościach odbył się trzyetapowy
Nowy Targ Road Challenge 2018.

Etap pierwszy – walka nie tylko z czasem

Etap pierwszy to była czasówka przeprowadzona w piątkowe popołudnie. Ogólnie lubię tego typu prologi, jadę dobrze wypoczęty po tygodniu regeneracyjnym, a to pierwsze starcie traktuję jako wprowadzenie do dalszego ścigania się. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię jakoś być zbyt świeży na wyścigu ze startu wspólnego. Wykazuję wtedy tendencję do jechania, nazwijmy to, nierozważnie, czyli szarpania, bezsensownego atakowania na piątym kilometrze lub próby odjazdu przy 40 km/h, gdy za mną jedzie ze 20 silniejszych gości i gada o tym, co jadło na śniadanie. Jak jestem trochę podmęczony, to wszystkie te pokusy wydają się mniej atrakcyjne i nie szastam tak kilodżulami na lewo i prawo. Czasówka jednak do łatwych nie należała. Na niespełna dwunastokilometrową trasę składały się dwa podjazdy rozdzielone zjazdem. Linia startowa usytuowana została u podnóża pierwszego podjazdu, w Knurowie, skąd od razu zaczynało się wspinaczkę na Przełęcz Knurowską. Ten podjazd według mnie należy do tych idealnych: 5 km równego nachylenia o 5,5%. Można było jechać z metronomem. Jedyne, o czym musiałem pamiętać, to żeby nie spalić na początku i zostawić sobie rezerwę na drugi podjazd.


Niby jadąc z miernikiem, powinno być to banalne, ale adrenalina robi swoje i można się przeliczyć. Tym razem jednak udaje mi się pojechać równiutko od początku do końca. Lekko ponad 12 minut ze średnią 360 W, jak na mnie i moje 70 kg całkiem dobrze. Zjazd przez Ochotnicę pojechałem nieco asekuracyjnie, w większości z puszczonymi korbami, zysk paru sekund przy prędkości 50 km/h kosztuje zbyt dużo, lepiej zostawić coś na końcówkę. A końcówka? Cóż, jakkolwiek było – gwóźdź programu. Podjazd pod osiedle Studzionki 1,75 km ze średnim 14%, jednak z sekcjami powyżej 20%, na których jechałem już z tego, co zostało, byle nie zejść z roweru. Według naszego teamowego zawodnika Macieja sam podjazd jest trudniejszy od sławnego Gliczarowa, z czym w pełni się zgadzam. Tam mamy sztywne, ale równe nachylenie i dobrą nawierzchnię, wchodzimy we własny rytm i się toczymy. Na Studzionkach podjazd jest szarpany, z miejscami o gorszym asfalcie i naniesionym żwirkiem, więc dochodzi walka o trakcję. Jadąc z kadencją 50 spojrzałem na Garmina, a tam niecałe 8 km/h i 400 W. Więcej już nie popatrzyłem, wiedziałem, że jak tylko jadę, to jadę mocno. Moje najlżejsze przełożenie to 36 x 28 i na ten podjazd szczerze nie polecam twardszego. Na metę wjeżdżam tak jak wszyscy zmasakrowany i szukam tylko wolnego kawałka trawy, by na niego paść. Całą czasówkę pokonałem w czasie 27:57, co dało mi 12. lokatę open.


(...)

Cały tekst znajdziecie w bikeBoard 1/2019. Możesz też kupić e-wydanie.

Dodano: 2019-01-15

Autor: Tekst: Krzysztof Celary

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.