Kartki w kalendarzu uciekają mi ostatnio szybciej niż kilometry na maratonach i być może dlatego relację popełniam z tygodniowym opóźnieniem. Jednak czas to podobno pojęcie względne, więc myślę, że na kilka zdań jeszcze nie jest za późno.
Kilkanaście dni przed Krynickim Piekłem (Rodman na forum) wiele rejonów w Polsce borykało się niespotykanymi od długiego czasu powodziami, każda kropla wody mogła oznaczać "być albo nie być" dla wielu nieszczęśników w najbardziej dotkniętych opadami obszarów. Toteż teksty typu "W Małopolsce powódź :-) Na trasie Mokro :-) Będzie masakra :-) Przeżyj to sam... :-)" mogły niejednemu podciąć skrzydła a przynajmniej mocno podkopać morale. Żarty żartami, jednak patrząc na postępującą ewolucję przebiegu trasy, szczególnie pętli Giga, nieubłaganie zmierzającą do pamiętnej dla wielu edycji z roku 2007 sam nie mogłem powstrzymać się od śmiechu na wspomnienie niewyobrażalnych ilości błota w każdej postaci, konsystencji, odcieniu i zapachu. Wtedy wystarczyły 2-3 dni ulewy włącznie z nocą poprzedzającą start i mżawką na starcie, aby sprawić, że Krynicę jednogłośnie mianowano następcą Kościeliska, jeśli nie sadystycznych Danielek. W tej sytuacji pytania "Czy Grzegorz bierze pod uwagę możliwość odwołania całej imprezy w Krynicy ze względu na warunki pogodowe?" można wsadzić raczej między bajki. Sam już nie wiem czy dłużej zajęło mi reanimowanie roweru czy usuwanie resztek błota z między zębów. Dwukrotne pokonanie pętli w tej dziczy było równie wielkim wyzwaniem dla psychiki co kondycji i bezawaryjności sprzętu.

W tym roku mimo, że "na dwoje babka wróżyła" to z każda minutą pogodowy kameleon przybierał coraz pogodniejsze i bardziej przyjazne barwy, które szybko pozwalały zapomnieć o pochmurnej piosence na jedną nutę "Pada, pada i pada, wczoraj wieczorem dodatkowo przeszła porządna ulewa…" i ze spokojem wystawić twarz do słońca. Krótkotrwały deszczyk, ostatni kaprys pogody, na chwilę przed startem na pewno nie wywołał u nikogo gorszych zawrotów głowy i wzdęć w żołądku niż nadmiar złotego izotonika czy też woda ZUBER wypita wieczorem. Coraz ostrzejsze promienie słońca i znikające proporcjonalnie do nich płyny z bidonów na pewno każdy. Pierwszy podjazd pod przełęcz Krzyżową wstępnie ustawił stawkę, a błoto zalegające w tym miejscu bez względu na pogodę zapewniło każdemu odpowiednie, wyjątkowo wczesne „smarowanie” przed dalszą częścią trasy. Podjazd z Czarnego Potoku na Jaworzynę jest od zeszłego roku najlepszą wizytówką krynickiej trasy - długi, wymagający kondycyjnie, ale pozwalający jechać i podziwiać to, co te rejony mają najlepszego do zaoferowania przy idealnej tego dnia widoczności bez konieczności walki o "trzymanie". Im dalej za Jaworzyną tym śmielej krynicka trasa ujawniała, jakie asy ma jeszcze w rękawie. Wpierw kilka krótkich chopek, z których te wypłukane za pośrednictwem kamieni bezlitośnie obchodziły się z oponami części nieszczęśników zaś pełne błota po osie odcinki zwózki drzewa ("wraków maszyn do zwózki drzewa, których nie uratowano…" na szczęście nie stwierdzono) dobitnie pokazywały wielbicielom "tańczących ralfów", że pomylili adresy. W takich warunkach nawet typowo błotne ogumienie zmuszało do baletowych popisów i drifciarskiej ekwilibrystyki. Gdy w pewnym momencie dały o sobie znać chmury i lekki, chłodniejszy wiaterek poczułem, że robi mi się ciepło… A to dlatego, że zamiast powoli zbliżać się do Polany Gwiaździstej i pozostającego od września w mojej pamięci urozmaiconego podjazdu na Runek coraz wyraźniej obniżałem się szybkimi i dającymi wiele pozytywnej adrenaliny zjazdami, aż w końcu osiągnąłem skąpane słońcem łąki rzut beretem od Krynicy. Czyżbym przeoczył jakieś strzałki? Nie! Ale na pewno nie zauważyłem info Grześka, że "Trasa omija Runek (największe błoto),…". Szczęście w nieszczęściu, drugiej części wypowiedzi także nie przyswoiłem – niewiedza czasem ratuje, ale o tym za chwilkę. Uspokojony przez Wojtka z naszego teamu, który tego dnia służył za obwoźny bufet gnam dalej w kierunku Huzarów. Niewielkie w porównaniu do zeszłego roku ilości błota zaskakują pozytywnie i pozwalają wydrapać się na każdą ściankę, przynajmniej tym razem.

Dodano: 2010-05-31

Autor: Tekst: Jarek Hałas, zdjęcia: organizator

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • Czy CCC Team zaspokoi oczekiwania polskiego kibica?
  • Mistrzostwa Europy adventure racing w Polsce
  • Żywienie w kolarstwie górskim
  • Zaburzenie wzorca oddechowego i jego możliwe konsekwencje