Debiutująca edycja Cyklokarpat w Żegiestowie już w pierwszym wydaniu zapowiadała się imponująco - to co śni się organizatorom i marzy zawodnikom MTB - zerowy odsetek odcinków asfaltowych. Niestety wiadomo jakie mieliśmy ostatnie miesiące, stąd też Żegiestów przełożono na ubiegłą sobotę. Między Nowym Sączem a Żegiestowem (rzecz jasna przepiękna droga) im głębiej w góry tym więcej śladów po ulewach – tu trochę błota z kamieniami na jezdni, tu oberwanie asfaltu, tu komuś w nadbrzeżnym domku rzeka przepłynęła przez salon. Obrazki jak z telewizji, z tą różnicą, że o wiele bardziej dosadne. Z podobnych powodów pierwotna trasa maratonu została zmieniona ale wcale na tym nie ucierpiała. Podobno było zimno, polar rejestruje naście stopni jako średnie, a jednocyfrowy wynik dla minimum. Podobno, bo według moich odczuć, zastanawiałem się czy brać rękawki. To nie był zły pomysł wsadzić je w kieszeń. Zdecydowanie nie był to maraton, po którym na mecie można śmiało powiedzieć, że troszczyli się o nas jak o dziecko. Było ciężko z kilku powodów. Organizacja takiej imprezy to na pewno nie lada wyzwanie a każda edycja CK to różni organizatorzy (powtarzam to jak mantrę) a i logistyka przez to wymaga dodatkowych sił. Właściwie do tej pory nie wiem jak ocenić całość. Z jednej strony przy trudnościach organizacyjnych ‘na ostatnią chwilę’ dostaliśmy rewelacyjną trasę do przejechania. Z drugiej strony dostaliśmy trasę bardzo skąpo oznaczona gdzie zgubić się nie problem i właściwie nieobstawioną.
Powrót Jaworzyny, rowerowego obowiązku Beskidu na trasy maratonu. To tylko jedna z atrakcji Żegiestowa. Ruszamy w deszczu, przez co rękawiczki, kask i ciuchy nabierają szybko magicznego zapachu. Początkowo szeroki podjazd na rozciągnięcie stawki. Następnie zjazd po łące (łącznik Dwóch Dolin znanych z zimy) i pierwsza pomyłka trasy. Ktoś przy widoczności rzędu kilkudziesięciu metrów (w okularach widziałem jakieś 15 metrów przed koło, stąd szacuje ile mogło być w rzeczywistości) dostrzega taśmę na drzewie. Byłoby dobrze, gdyby to nie była taśma z łącznika giga. Dzięki temu dokładamy kilometrów a niektórzy fundują sobie DNF. Kontynuacja właściwej trasy to zjazd po stoku pod krzesłem Wierchomli. Ci którzy tam pompowali po snake’ach mogli spokojnie wystawiać noty za styl lotów. Przejeżdżamy właściwie przez większość tamtejszych stacji narciarskich - Słowtwiny, Jaworzyna, Szczawnik i Wierchomla. Jaworzyna znów wita nas chmurą czy też mgłą - efekt jest taki sam. Mijamy przypiętą łańcuchem wielką, fioletową krowę Milki (swoją drogą - kto jest w stanie ukraść krowę 1:1 ze szczytu Jaworzyny?) gdzie tuż obok serwują podobno niezłe piwo. Wspólnie z kolegą z Krakowa byliśmy chętni, ale niestety żaden z nas nie ma gotówki wiec trzeba jechać dalej. Nauka na przyszłość jakaś jest. Nie przypominam sobie, żeby było płasko. Zjazd w kierunku Szczawnika to coś, dla czego warto było jechać. Zamieszenie ze zgubieniem trasy powoduje, że pod Jaworzyne podjeżdżam razem z zawodnikiem na 18 kg fullu, po 160 mm na koło. Buja nim jak łódką w taki sposób, że na jego miejscu nabawiłbym się nerwicy.
Zjazd do Szczawnika za to był nasz. Trawers, błoto, kamienie, korzenie i zakręty. Różnica pomiędzy moim zjazdem a jego, polegała, że ja jechałem jak na wściekłym byku, a on jak na fotelu. Jazda kończy się kiedy wyprzedzam i 80 mm z przodu to za mało żeby połknąć kamień – gdzieś na 200 metrów przed końcem sprawdzam czy kamienie w Beskidzie Sądeckim są twarde. Uwierzcie, że są - stawiam je jednak za tymi z Sudetów. Giga robi jeszcze raz bacówkę na Wierchomli i zjeżdża 11 km do Szczwnika, skąd już tylko na metę do Żegiestowa. Wychodzi bite 56.1 km i 2180 metrów przewyższenia. Bufety skąpe i zdarzały się bez obsługi. Jednak kiedy ktoś przy nich stał, po rozmowie było widać, że są zaangażowani. Dopytują, pomagają i serwują co mogą, na odchodne dobre słowo i uśmiech - po 3 godzinach stania w deszczu w lesie. Nie do końca udany występ zalicza firma obsługująca chipy - jakieś techniczne zamieszanie na łączach i mam wrażenie, że wyniki ustalane "z ręki" - po zgubieniu trasy średnio mnie to martwi, ale są tacy, którym zależy. Nie był to maraton jak każdy. Świetna trasa rekompensowała braki. Jest niedosyt wynikający ze standardów, ale jest i zjedzony pyszny tort. Kto chciał i dobrze trafił, podczas mycia w strumieniu mógł się dowiedzieć co boli jak się jeździ niewłaściwie na rowerze i jakie to konsekwencje ma na balu, na który się jechało. Warto wspomnieć, że człowiek ten chciał po odjeździe strażaków wyciągnąć swój prywatny Karcher, podłączyć do swojego kranu i myć nasze rowery – jednak zbyt mało było osób by działanie takie miało większy sens. Bojownicy skrętki od neostrady robią anonimową, tępą szablą zamieszanie na forum - po kilku wypowiedziach odpuszczam. Ducha Cyklokarpat przecież nie da się zabić.

Dodano: 2010-09-30

Autor: Tekst: Maciek Dziedzic, zdjęcia: Aneta Jokiel

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • ekwipunek dla młodego kolarza
  • Epicka Czwórka - cztery dni wyścigów MTB
  • skuteczności diet niskowęglowodanowych