Są wydarzenia w corocznym kalendarzu kolarskim, których nie sposób nie zauważyć. Są takie, które wielkim szumem przyciągają właśnie owo zainteresowanie, lecz znikają gdzieś bez echa. Ale są także takie, które na przestrzenie lat urosły do miana legendy – czy to za sprawą trudności, niecodziennej lokalizacji, ponadprzeciętnego poziomu sportowego, ale też wielu innych cech.

Jazda pod górę i zdobywanie szczytów to istota MTB - do najciekawszych zjazdów najczęściej prowadzi trudny podjazd, a nie wyciąg.

Pytanie o idealny rower pojawia się w każdym kontakcie z czytelnikami. Testy głoszą: nie ma ideałów i konieczna jest specjalizacja, ale niewielu może ustawić swoje rowery w dwuszeregu (tak, żeby odliczyć choć: raz! Pełna!) Większość ma jeden rower i chce mieć efektywnego „maratończyka” i rasowe enduro w jednym. Ale rower to nie szampon 2 w 1.

Kartki w kalendarzu uciekają mi ostatnio szybciej niż kilometry na maratonach i być może dlatego relację popełniam z tygodniowym opóźnieniem. Jednak czas to podobno pojęcie względne, więc myślę, że na kilka zdań jeszcze nie jest za późno.

Zasługą Pana Andrzeja Nowińskiego i Biura Informacji Turystycznej w Ustroniu była spora kolekcja fotografii (zastanawiających, bawiących i śmieszących) pt. „Kolarskie impresje”, którą od połowy tygodnia można było oglądać w scenerii uzdrowiskowego ryneczku.

Mimo nienajlepszych prognoz, nie padało i I edycja tegorocznego Pucharu Polski Lion Wierchomla Downhill, odbyła się w dobrych warunkach pogodowych i na dobrze przygotowanej trasie.

Mam 7,5-letnią córkę, z którą bardzo lubimy jeździć na rowerze. Na swoich "małych kółkach" Zuza przejeżdża bez problemu kilkanaście - do dwudziestu kilometrów w czasie jednego wyjazdu. Jeździmy jednak po płaskim terenie, ścieżkach rowerowych, lasach itd. (?) Bardzo chciałbym, abyśmy razem zaczęli jeździć po trudniejszym terenie - więcej lasu, delikatnych podjazdów, może górek? Nie wiem jednak, na ile mogę sobie pozwolić, aby nie zrobić córce krzywdy.

Nareszcie zrobiło się cieplej, zazieleniło się, na polach i w lasach pojawiły się pierwsze kwiaty a na drogach motocykliści. Również amatorzy dwóch kółek napędzanych siłą własnych mięśni licznie pojawili się na turystycznych i sportowych trasach. A miniony weekend obfitował w propozycje; można było ścigać się na szosie, w maratonach czy klasycznych wyścigach XC.

Miniony długi weekend spędziłem tradycyjnie na rowerze. Może nie tak ekstremalnie jak przed rokiem, czyli na etapówce MTB Trophy, ale umiarkowanie czynnie z małym wyścigiem w niedzielę, w sam raz na zakończenie. W związku z tym postanowiłem się oszczędzać. Muszę wspomnieć, że praktycznie do ostatniego dnia miałem szansę wyjazdu na wspomniane MTB Trophy czy na Alpen Tour. Jednak skutecznie oparłem się namowom i okazjom typu „last minut” i zdecydowany byłem zrealizować własne plany treningowo-startowe. Inna sprawa, że teraz, pisząc te słowa, zastanawiam się, czy nie należało jednak pojechać...

W radosną niedzielę 15 listopada trzydziestu dziewięciu szajbusów i jedna szajbuska zebrali się na zlot endurowców, czyli nieformalne zawody Enduro Trophy.

Ten najpopularniejszy, największy i pewnie jeden z najtrudniejszych wyścigów jednodniowych na naszym kontynencie od wielu lat stanowił jeden ze ściganckich obiektów pożądania i elementów kolarskiego wykształcenia. Wielu znajomych, zakręconych maratończyków z wypiekami na twarzy wyobrażało sobie start w "Osterreichs grosster MTB Marathon". Do tanich on jednak nie należy, a wpisowe to dopiero początek inwestycji, więc na pocieszenie każdego roku pozostawały niesamowite obrazki z trasy ukazujące piękno rejonu Salzkammergut oraz podziw dla tych, którzy mimo heroicznego poświęcenia podołali wyzwaniu. To one podtrzymywały w nas tlące się iskierki nadziei, że my też kiedyś dopniemy swego i  dumnie powiemy: Salzkammergut Extreme Distance Finisher, bo tylko 200km od początku wchodziło w rachubę.

Informujemy, że z powodu bardzo złych warunków pogodowych zapowiadanych na najbliższe dni, organizatorzy mającego się odbyć w nadchodzący weekend Warszawskiego Festiwalu Rowerowego zdecydowali się na przełożenie imprezy. Szczegóły decyzji znajdziecie w zamieszczonym poniżej oficjalnym komunikacie organizatorów.

AR (Adventure Racing) czyli rajdy przygodowe to dość specyficzne zawody. Polegają na przemieszczaniu się pomiędzy punktami kontrolnymi głównie na rowerze, na piechotę, kajakiem, na rolkach. Oczywiście w zimie dochodzą jeszcze narty i rakiety śnieżne. Uczestniczą w nich dwu lub czteroosobowe zespoły a wyścig odbywa się non stop. Najkrótsze trwają jeden dzień, dłuższe kilka lub kilkanaście dni.

Wracając do domu po niedzielnym maratonie w Krakowie zastanawiałem się co można napisać, poza suchymi faktami, na temat imprezy najmocniej zakorzenionej w całym cyklu i chyba najbardziej rozpoznawalnej w kraju? Opisywanie niektórych rzeczy mija się powoli z celem, a powielanie opisu trasy byłoby niczym n-te parzenie herbaty z tej samej torebki.

To było tuż przed startem maratonu. Stałem z mikrofonem obok naprawdę zgrabnej i ładnej laski, ubranej w dodatku w obcisłe trykoty. Nie muszę tłumaczyć, jakie wrażenie robi taka dziewczyna.  Oczywiście szybko zebrała się obok grupka rozgrzanych (przed startem) facetów. Widziałem te spojrzenia przesuwające się nieśpiesznie od kasku ku dołowi. Na wysokości bioder było po zawodach... „No stary, ale sprzęt! Musi nieźle wyrywać”. Po słowie „amor” wiedziałem już, że chłopcy skupili się na jej rowerze i możemy sobie z Joasią spokojnie pogadać. Nikt nam nie przeszkadzał. Joannę Jabłczyńską znacie z serialu „Na Wspólnej”, z występów w programie „Jak oni śpiewają”. Pokazywała się też i na wielkim ekranie, choćby jako Tosia w filmie „Nigdy w życiu”. I pewnie nigdy w życiu nie wpadlibyście na to, że „nasza ci ona”! Czyli rowerzystka.

Maraton w Szczawnicy miał być najpiękniejszym maratonem w tym sezonie. Trasa przebiegająca przez pasmo Beskidu Sądeckiego miała oferować prawie alpejskie podjazdy oraz niesamowite widoki.

Świetne zawody, dobra zabawa, miło spędzony czas! To spotkało wszystkich uczestników zawodów Joy Ride Days w minioną sobotę - 6 października 2007 r. na zawodach DH w Zakopanym. Podróż do Zakopca minęła mi szybko, w pekaesie, Zakopianką. Wsiadłam w bluzie, wysiadłam w kurtce...zawiało górami.

Na zawody Bursztynowy Szlak - racing BMX/MTB organizowane w Pruszczu Gdańskim zgodnie z zapowiedzią zjawili się zawodnicy z kilku miast Polski oraz licząca największą ilość adeptów Racingu MTB ekipa z Pruszcza Gdańskiego.

W niedzielę 31 lipca w Wierchomli rozegrano Mistrzostwa Polski w zjeździe. Tytuły mistrzowskie w swoich kategoriach zdobyli: Ania Sojka (kobiety), Maciek Jodko (elita mężczyzn), Szymon Tasz (masters), Mikołaj Wincenciak (junior).

Jak można na cienkich oponach objechać granitowy giewont nie będąc posądzonym o szaleństwo? Czy to w ogóle możliwe? Oczywiście, że tak! Oto jest jedna malownicza pętla, na której będą walczyć kolarze- taternicy. Liczy sobie 200 kilometrów.


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później