Do końca sezonu pozostały już tylko dwie edycje (Szczawnica i Wierchomla), a organizatorzy łącznie z trasą w Rzykach chcą wycisnąć ostatnie soki z zawodników i na koniec zaaplikować ściganie po naprawdę wymagających trasach.

Pogoda była prawie idealna, ciepło, lekko zachmurzone niebo i orzeźwiający wiaterek jaki lubią zawodnicy, a nie lubią plażowicze nad Bałtykiem.Tradycyjnie ludzie obdarzeni nieprzeciętną chęcią do jeżdżenia na rowerze, czyli grupa Giga (70 km i 2863 m przewyższenia) wystartowała o g. 11:00. Pół godziny później ci, którym trochę bardziej spieszy się na posiłek regeneracyjny na mecie czyli: Mega (52 km i 2157 m) i Hobby (30 km i 1214 m) .


Start asfaltową drogą prowadzącą w dół zawsze wygląda jak rowerowe tsunami albo wyścig do nowo otwartego Lidla - wszystkie sztuczki dozwolone nawet wyprzedzanie rowem. Zabawa jednak szybko się skończyła i po krótkiej wspinaczce gdzie jak głosi miejscowa legenda nawet dziadek z babcią dawali radę na tandemie rozpoczął się test sprawnościowy z podjeżdżania. Jadąc gdzieś w połowie stawki (oczywiście tej grupy z 11:30) nie widziałem czy herosi z czołówki wyjeżdżali wszystko, ale moi towarzysze dzielący cierpienie wypychania roweru popadali w różne stany emocjonalne - ktoś śpiewał, ktoś podziwiał zwisającą głową swoją lewą korbę, ktoś inny krzyczał brzydkie słowa do bidonu chyba w nadziei, że usłyszy go organizator i odpowie ile jeszcze do szczytu.... pewnie jeszcze przez swój bidon. Z tyłu słyszałem nawet śmieszka, który dla rozładowania frustracji zaczął opowiadać dowcip, ale albo nikt go nie zrozumiał, albo śmieszek zemdlał nie dochodząc do puenty.


Mimo wcześnijeszj dość deszczowe aury trasa była zadziwijąco sucha, choć zdarzały się fragmenty gdzie dało się ugrzęznąć albo otrzymać pobudzający prysznic na plecy z tylnego koła. Jeszcze przed bufetem słychać było pytania - kto ma licznik, kto ma zegarek, kto ma telefon do przyjaciela. Na szczęście bufet zawsze poprawia humor - ci życzliwi ludzie potrafią z ruchu warg zbliżających się do nich karpi wyjętych wczoraj z jeziora odczytywać czy ktoś chce wodę, “izo” czy jest mu już wszystko jedno. Chwila wytchnienia, kubek wody na głowę, kilka słów do połówki banana i jazda. Na trasie zawsze mam jedno miejsce gdzie dostaję odpowiedź dotyczącą swojej formy. Kiedy świecą mi się już wszystkie kontrolki i dojeżdżam do napisu “Giga” ze strzałką w lewo... i skręcam w prawo, z niedowierzaniem kręcąc głową, że są tacy co tyle mogą. Zjazdy w Rzykach przypominały fragmentami odcinki specjalne z zawodów enduro i szybko weryfikowały umiejętności jazdy po “beskidzkich rąbankach”. Szacunek dla wszystkich hartailowców. Zwłaszcza na ostatnim słychać było z oddali słowo zachwytu na k... Podobno ktoś wypadł z buta, inny zgubił licznik za “tysiącpińcet”, a jeden nawet pół zęba. Sama końcówka trasy była również bardzo dowcipna. Kiedy już ledwo trzymając kierownicę zjeżdżało się prawie na parking pod bazą zawodów, gdy już było słychać głos spikera, a w głowie pojawiła się myśl - Tak, chce przejechać przez tą rzekę i pocałować metę... trasa skręcała z powrotem pod górę. Łzy w oczach. Na szczęście podjazd był już krótki, a na nieszczęście nie było przejazdu przez rzekę. Finisz z góry dawał radość i nam i kibicom mogącym widzieć, że faktycznie jedziemy do mety, a nie walczymy o życie. Później już tylko leżenie na trawie, doczołganie się na posiłek i można myśleć o kolejnej edycji.

Dodano: 2017-09-11

Autor: Tekst: Maciej Patrzałek, foto: Organizator

Tagi: maratony

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!