Odkąd zostałem starszakiem, nigdy nie przestałem jeździć na rowerze.Zmieniały się jednak powody, dla których wskakiwałem na siodło. Wydaje mi się, że na początku chodziło o wolność przemieszczenia się z domu na plac do gry w kwadraty fascynującą ścieżką między ogrodzeniem a drzewami. Jak większość niedojrzałych istot ulegałem tej samej fascynacji co spaniel z powiewającymi za oknem samochodu uszami i jęzorem: dziki pęd bez konieczności przebierania łapami. Potem pojawiło się gadżeciarstwo w stylu tuningowym, na ile można było mu ulegać w czasach, kiedy części rowerowe sprzedawały składnice harcerskie. Pod koniec ogólniaka i podczas studiów rower, oprócz pełnienia funkcji sprzętu sportowego (na który poszły oczywiście pierwsze zarobione pieniądze), stał się moim głównym środkiem transportu po mieście. Już pod koniec studiów, mimo coraz poważniejszego traktowania roweru jako sportu/hobby, w celach komunikacyjnych przesiadłem się do auta i jakoś tak zostało. Jazdę na rowerze do dziś traktuję jako główny sport i mimo że w sezonie zdarza mi się kilka razy w tygodniu przejechać po kilkadziesiąt lub więcej kilometrów z punktu A, ostatecznie trafiam do A, a nie B. Służbowe auto, dress code i wysiadywanie w pracy do późna powodują, że mimo rowerowego dystansu do biura wożę tyłek na kanapie.

Taką historię mogłoby pewnie opowiedzieć wiele osób. Większość moich znajomych postrzega rower jako narzędzie rekreacji, a ta jest czymś, co robi się w weekend albo ewentualnie po pracy. Najlepiej z dziećmi. Na co dzień, nawet przy doskonałej prognozie, liczy się wygoda, radio i klima. Co roku o transportowej roli roweru i łączeniu przyjemnego z pożytecznym przypomina Dzień Bez Samochodu. Dość niepraktycznie wypadający pod koniec sezonu - w przedostatnim tygodniu września. W tym roku w mojej fi rmie nowo utworzony dział Społecznej Odpowiedzialności Biznesu (CSR) zorganizował akcję alternatywnego dojazdu do biura. Zachęcano do dojazdu komunikacją publiczną (darmową tego dnia w Krakowie za okazaniem dowodu rejestracyjnego), na wrotkach, przybiegnięcia i oczywiście przyjazdu na rowerze. Dla poruszających się alternatywnie zniesiono dress code. Powstał specjalny parking, na którego terenie przy współpracy lokalnego sklepu rowerowego zaplanowano tymczasowy sponsorowany warsztat rowerowy. Prognoza była dobra, ale już na kilka dni przed zdarzeniem Karolina - menedżerka od CSR - zaczęła odbierać telefony od VIP-ów rozdartych pomiędzy poczuciem obowiązku dawania „dobrego” przykładu i realiami życia. „Słuchaj, przepraszam Cię, ale naprawdę muszę dziś przyjechać autem. Mam spotkanie po drugiej stronie miasta, a potem muszę zrobić zakupy”. Albo: „wiesz, to ja sobie dziś zostawię auto pod biurem, rano wsiądę w tramwaj i w ciągu dnia przyjadę sobie tylko samochodem z Katowic do Krakowa. Nie powiesz nikomu, prawda?”. I telefony od menedżerów, których wcześniejszy animusz opuścił w ostatnim momencie, już rano, w rodzaju: „Karolina, nie dam rady. Nienajlepiej się czuję. Przyjadę do biura, ale autem. Oczywiście popieram akcję, tylko tak wyszło”. Po Dniu Bez Samochodu wszyscy menedżerowie w biurze odetchnęli z ulgą i wsiedli z powrotem do służbowych aut. Można by powiedzieć - normalka. W końcu samochód nie jest potworem z piekła rodem i w wielu sytuacjach jest po prostu bardziej praktyczny niż rower. Jak dla mnie liczy się jednak to, że przez jeden dzień wiele osób poczuło się głupio. Jeszcze kilka, czy kilkanaście lat temu takie dni przechodziły bez echa. Teraz ludzie zaczynają mieć wyrzuty sumienia. Pod biurem tego dnia było z 10 razy więcej rowerów niż zazwyczaj. Na szczęście tylko VIP-owie słabo dopisali. Jednemu z biurowych budynków uroczyście nadano nawet certyfikat przyjazny-rowerom.pl. Powoli, ale jednak zmienia się nad Wisłą światopogląd. Jak dla mnie - bomba.

W naszym klimacie o tej porze roku większość ludzi myśli raczej o nartach i zrzuceniu nabytych w okresie świątecznym kilogramów przed balami karnawałowymi, mi jednak przypomina się poczucie dziecięcej wolności przyjechania sobie spokojnie rowerem pod biuro prawie całą drogę po ścieżce rowerowej (akurat mam to szczęście). To znacznie lepiej nastawia do kolejnego dnia od stresującej jazdy na czas klimatyzowaną kanapą z klaksonem. W dodatku świadomość konieczności wrócenia o własnych siłach dyscyplinuje, żeby nie siedzieć po godzinach za dużo. Na nowy rok robię sobie więc postanowienie, żeby oprócz kolarstwa sportowego, w sezonie przynajmniej dwa razy w tygodniu pojechać na rowerze do pracy. Nie z powodu wyrzutów sumienia. Dla przyjemności.

Dodano: 2012-02-27

Autor: Tekst: Maciek Machowski, zdjęcie: Karolina Długosz, Capgemini

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!