Moim głównym rowerowym hobby jest „all-mountain”, albo „ścieżkowanie”. Mimo to, w ciągu mijającego sezonu dałem się ponieść gadżeciarstwu w odmianie szosowej, bo każdy facet lubi gadżety. Wśród starych wyjadaczy znane jest też powiedzenie: „mnóstwo sprzętu, nic talentu”. Gadżety same nie jeżdżą ani szybciej, ani lepiej. A może jednak?
Zacząłem jeździć na rowerach sportowo jeszcze nim pojawiło się w Polsce MTB, miałem więc jakieś doświadczenie z szosówkami i nie wyrobiłem sobie alergii na asfalt. Kilka lat temu, trochę znudzony fullem, ograniczoną ilością fajnych tras blisko domu i koniecznością czasochłonnego czyszczenia maszyny z błota po każdym wyjeździe, kupiłem tanią używaną szosówkę na aukcji. Spełniała dwa najważniejsze warunki: była w moim rozmiarze i miała klamkomanetki.
Zero gadżeciarstwa. Rower ważył tylko jakiś kilogram, półtora mniej niż mój główny rower - full o skoku 130/130, ale byłem zadowolony. Razem z kumplami, którzy również wyposażyli się w cienkokołowce, zaczęliśmy od czasu do czasu urozmaicać wypady do lasu jazdami po szosach. Odkrywaliśmy radość pokonywania sporych odległości, zespołowość tego sportu, ale też specyfi czne dla niego przeszkody. Polscy kierowcy są mniej przewidywalni niż najbardziej śliska skała, a mokry korzeń na trawersie jest, w porównaniu z kierowcą podmiejskiego busa, Twoim najlepszym przyjacielem. Waga, czy klasa roweru nie przeszkadzała mi w utrzymywaniu, czy nawet nadawaniu tempa naszej grupki w pagórkowatym terenie, mimo że koledzy mieli lepszy sprzęt.
W międzyczasie wymieniłem fulla na lepszego, ale jakoś zupełnie nie czułem potrzeby inwestowania w szosówkę. Właściwie irytował mnie tylko stary smar tężejący w lewej manetce gdy temperatura spadała poniżej 7°C. Przez kilka zimowych sezonów większe podjazdy rozpoczynały się nerwowym klekotaniem okraszanym soczystą narracją. Ostatecznie ten problem udało się rozwiązać ubiegłej jesieni tuż przed tym, kiedy moją stabilizację rowerową naruszył Naczelny zapowiadając, że do testu przychodzi Dura-Ace 7900. Ponieważ mam w redakcji, z racji wymienionego braku alergii na asfalt, przyprawioną gębę szosową, zostałem nominowany głównym testerem, z zadaniem przejechania najlepiej kilku tysięcy km i opisania wrażeń. I tu pojawił się problem. Dura-Ace przyszedł w pudełkach, a nie można przecież włożyć topowej grupy do mało szlachetnej stalówki (nawet nie Cro-Mo). Toż to zbrodnia i mezalians. W magazynie była co prawda jakaś lepsza testowa rama, ale oczywiście w kurduplowatym rozmiarze 54 cm. W redakcji panuje zdrowa (?) zasada: „rozwiąż swoje problemy, a Naczelny ci pomoże”, więc zostałem niejako zmuszony do upgrade’u prywatnego sprzętu na potrzeby testu. Rozpocząłem poszukiwania. Tym razem - pomyślałem - rama nie może być tylko w dobrym rozmiarze. Musi być odpowiedniej klasy. Rozbudził się we mnie instynkt gadżeciarza. Trek Madone był moim pierwszym wyborem.

Dodano: 2010-01-31

Autor: Tekst: Maciek Machowski

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!