Po kilku maratonach na których zawsze było coś nie tak z pogodą nareszcie nadszedł ten na którym wszystko zagrało: a więc pogoda, uczestnicy, trasa, podłoże. Początkowo zapowiadała się przysłowiowa lampa, w miarę dnia pojawiły się delikatne obłoki które wraz ze wzrostem wysokości dawały optimum temperatury dla zawodników.

Doświadczenie organizatora kazało mu tak rozstawić bufety ze właściwie niemal nie musiałem mieć ze sobą nic. W drugiej połowie trasy po prostu przestałem z nich korzystać bo Camel pozostawał pełen. Jeść trzeba było: poza wspomnianym ciepłem trasa była bardzo wymagająca kondycyjnie. Nie była trudna technicznie choć był podjazd na którym większości, nawet czołówce, trzeba było iść pieszo, były zjazdy technicznie wymagające choć podstaw umiejętności. Nie mniej podjazdy ich długość i suma przewyższeń która po korektach na garminie wyszła 2850 m dawały mocno w kość. Maraton kompletny zarówno pod względem trasy, organizacji jak i frekwencji: pojawiła się czołówka polskiej elity MTB. Dzięki temu zawody stały na bardzo wysokim poziomie. Dystans giga przez zwycięzcę został pokonany w trzy godziny. Subiektywnie to jakiś kosmos jeśli chodzi o tempo. Znając tę trasę przejechawszy te przewyższenia chylę czoła.

Dodano: 2017-07-25

Autor: Tekst: Przemek Maciejowski

Tagi: maratony

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później